Gospodarka Chin zwalnia?
 Oceń wpis
   

W ostatnim czacie z Chin zaczęło napływać coraz więcej informacji o jakobym to pogorszeniu się w koniunktury w jednej z najszybciej rozwijających się gospodarek świata. Ze względu m.in. na skutki recesji w Strefie Euro i powolne odbijanie się od dna amerykańskiej gospodarki, znalazło to swoje odbicie i konsekwencje w obecnym stanie chińskiej koniunktury. Jednakże z drugiej strony, kiedy też przeanalizujemy sobie ostatnie dane makroekonomiczne i porównanym chociażby z tymi ze Starego Kontynenty, to szczerze powiedziawszy, aż zapiera dech w piersiach.

Analiza danych fundamentalnych

Według najnowszy informacji, produkt krajowy brutto wzrósł w 2011 roku o 9,2 proc. w ujęciu rocznym (o 8,9 proc. w IVQ2011), osiągając wartość 7,5 bln dolarów, głównie na wskutek wprowadzenia w ostatnich latach przez rząd w Pekinie gigantycznego pakietu pomocowego o wartości ponad 0,5 bln dolarów, co dało możliwość podtrzymać inwestycje infrastrukturalne na wysokim poziomie, jak to miało w miejsce w latach poprzednich. Także inne wskaźniki makroekonomiczne zanotowały wzrosty - indeks cen towarów i usług konsumpcyjnych wzrósł o 5,4 proc. rok do roku, indeks cen dóbr produkcyjnych o 6,0 proc., wartość wymiany handlu zagranicznego wzrosła o 20,3 proc., natomiast całkowita wartość sprzedaży detalicznej o 17,1 procent. Indeks aktywności w przemyśle PMI wzrósł w lutym do 51,0 pkt., wobec 50,5 miesiąc wcześniej, co oznacza, że chiński sektor przemysłowy stabilizuje się. Także indeks aktywności przemysłowej PMI przygotowywany przez bank HSBC wzrósł w lutym do 49,6 pkt. wobec 48,8 pkt. w styczniu, co wskazuje na poprawę kondycji gospodarki, aczkolwiek nadal jest poniżej 50,0 pkt., co określana jest jako granica rozwoju. Można by w tym momencie powiedzieć, szczególnie patrząc na stagnację w światowej gospodarce, że nie widać żadnych znaczących sygnałów obaw dla tak dynamicznie rozwijającej się chińskiej gospodarki. Jednakże, kiedy przyjrzymy się bliżej i przeanalizujemy dane z ostatnich lat to widać, że chociażby PKB jest słabszy niż miało to miejsce w niedalekiej przeszłości, mimo że wciąż jego poziom jest imponujący. Główny powód takiego stanu rzeczy to załamanie się gospodarek najważniejszych partnerów handlowych Państwa Środka – Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej. Po raz pierwszy od dwóch lat, w styczniu tego roku przestał rosnąć chiński eksport, który pomimo niewielkiego spadku o 0,5 proc. (wzrost o 13,4 proc. w grudniu 2011), to jednak jest najgorszym wynikiem od 2009 roku. Żeby być sprawiedliwym, po części wynikało to również z obchodzonego przez chińczyków hucznie Roku Smoka, co wiązało się z zamknięciem m.in. sklepów czy fabryk, przez co notabene nastąpił także spadek importu aż o 15,3 procent r/r wobec wzrostu o 11,8 proc. miesiąc wcześniej. Jednakże nie da się ukryć, że kluczowym czynnikiem spadku sprzedaży chińskich towarów jest panująca recesja w Strefie Euro (dlatego władze Chin obiecały wspomóc finansowo kraje Eurolandu zakupem papierów dłużnych za ok. 100 mld euro) i mniejszy popyt na chińskie wyroby z wciąż mozolne odbudowującej się z kryzysu gospodarki USA. Widać to bardzo dobrze po styczniowych odczytach danych dotyczących wymiany handlowej Chin z UE, która odnotowała spadek aż o 7,0 procent. Optymizmem nie napawa również malejący poziom importu i mam nadzieje, że jest to jedynie spowodowane obchodami Nowego Roku, gdyż w przeciwnym razie oznaczałoby to, że mamy do czynienia ze spadkiem konsumpcji wewnętrznej wśród chińskiego społeczeństwa, czyli jednego z najważniejszych kół zamachowych dla dalszego wzrostu PKB. Dlatego też kraj za Wielkim Murem, żeby nie odczuć głębszego spowolnienia koniunktury musi liczyć na szybkie zażegnanie kryzysu fiskalnego w Strefy Euro z dwóch powodów – ponowne odbudowanie eksportu oraz fakt, że około ¼ chińskich rezerw walutowych jest denominowana w euro.

Chiński rynek nieruchomości

Według chińskiego banku centralnego, pod koniec zeszłego roku ceny mieszkań w stolicy spadły o 35,0 proc. w ujęciu miesięcznym i 22,0 proc. w ujęciu rocznym, co coraz bardziej niepokoi banki i może mieć swoje negatywne konsekwencje dla całej gospodarki. Według banku centralnego, obecnie na rynku są mieszkania niesprzedane o wartości blisko 50 mld dolarów. Dlatego też nie ma co się dziwić, że mamy do czynienia z dalszym spadkiem inwestycji na rynku nieruchomości, wskutek m.in. zakręcenia przez banki kurka z pieniędzmi oraz zaniechania finansowania nowych projektów przez deweloperów. Doszło wręcz do tego, że cześć deweloperów została zmuszona do sprzedawania swoich mieszkań o 25-30 proc. taniej niż miało to miejsce w przeszłości, co wywołało wręcz istną wojnę z wcześniejszymi inwestorami, które kupili identyczne mieszkania po wyższej cenie. A końca tej spekulacyjnej banki nie widać i są obawy, że jeżeli do części deweloperów dołączą pozostali, łącznie z inwestorami którzy kupowali je w celach spekulacyjnych przy równoczesnym braku kupujących, to możemy mieć do czynienia z istną klęską i na pewno odbije się to nie tylko na rynku wewnętrznym, ale również w skali międzynarodowej. Jeżeli nie będzie zdecydowanej reakcji władz centralnych to kłopoty na rynku nieruchomości pociągną za sobą w dół np. rynek budowlany i przemysłowy (m.in. producentów stali, betonu, cementu itp.), nie omijając także innych sektorów, w tym m.in. sektor finansowy. Warto sobie przypomnieć w tym momencie, że z podobnymi bankami spekulacyjnymi w ostatnim czasie mięliśmy do czynienia na rynku amerykańskim, od czego zaczął się w ogóle cały światowy kryzys finansowy oraz w Hiszpanii. W Stanach udzielano kredyty osobom bez zdolności kredytowej i poręczeń bankowych i kiedy w drugiej połowie 2007 roku ceny mieszkań i domów zaczęły spadać, a ludzie tracili pracę, doszło do tego, że nawet sprzedaż mieszkania (o ile się udało sprzedać) nie starczyła na pokrycie kredytów. Jak się później to skończyło to wiemy, bo do dziś odczuwamy tego skutki. Z identyczną sytuacją mieliśmy i nadal mamy do czynienia w Hiszpanii, gdzie na początku XXI w. budowano rekordowe ilości nowych mieszkań i kiedy w 2007 pojawiły się pierwsze symptomy zawirowań na światowych rynkach finansowych, pękła banka spekulacyjna. Ceny leciały w dół, deweloperzy zbankrutowali, ludzie tracili pracę (obecnie rekordowy poziom bezrobocia w całej UE) i przestali kupować, gospodarka wpadła w recesję i efekty tego odczuwa do dziś. Jest to żywa lekcja dla Chin, aczkolwiek żeby być obiektywnym, załamanie na tamtejszym rynku nieruchomości „na szczęście” dla samych chińczyków nie powinno być aż tak boleśnie odczuwalne jak miało to miejsce w w/w krajach, gdyż jednym z najważniejszych kół zamachowych dla gospodarki jest eksport i konsumpcja wewnętrzna, które powinny „zamortyzować i przejąć na siebie” problemy na rynku nieruchomości. Poza tym, już pojawiają się pierwsze symptomy o możliwości poluzowania polityki pieniężnej przez władze w Pekinie, co ma dać również bodziec do uchronienia kraju przed głębszym spowolnieniem.

Bank Światowy – Chiny 2030…

Według najnowszego raportu Banku Światowego, chińska gospodarka potrzebuje reform by móc utrzymać obecne tempo wzrostu gospodarczego. Główny nacisk położony jest na przeprowadzenie wielo rynkowych reform i zredukowaniu wpływów władz w Pekinie. Może być to nie lada wyzwanie dla rządzących ze względów politycznych, gdyż analizując ostatnie lata, to właśnie dzięki pieniądzom pompowanym do państwowych przedsiębiorstw w ramach pakietów pomocowych, zaprzestano wprowadzenia reform doprowadzając w ostateczności do upadku wielu prywatnych firm. W raporcie BŚ można wyczytać, że to wyłącznie mechanizmy rynkowe powinny decydować o udzielaniu kredytów i finansowaniu przedsiębiorstw, bądź wysokości poziomu stóp procentowych. Ponadto chińska gospodarka powinna być bardziej oparta na konsumpcji wewnętrznej, a mniej zależna od eksportu, gdyż jak pokazuje obecna światowa sytuacja makroekonomiczna, problemy finansowe za granicą nie tylko skutkują spadkiem sprzedanych towarów, ale mogą mieć w przyszłości również poważniejsze konsekwencje dla całej gospodarki, z sektorem finansowym na czele. W przeciwnym razie, przy braku zdecydowanych kroków reformatorskich, jak podaje międzynarodowa instytucja finansowa, chiński wzrost gospodarczy w następnych latach może zwolnić do wysokości ok. 6,0 proc. PKB wobec 9,2 proc. w chwili obecnej.

… a MFW ostrzega przed kryzysem

Jeszcze w ostrzejszym tonie wypowiedział się niedawno Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który nie wyklucza spadku chińskiego PKB w roku bieżącym do poziomu jedynie…4,0 procent! Według MFW spadek koniunktury w Chinach ma być wywołany recesją u największego partnera handlowego czyli w krajach Strefy Euro, załamaniem się eksportu, zamykaniem fabryk, rosnącemu bezrobociu i kryzysowi na rynku nieruchomości. W ocenie MFW, odpowiedz na temat przyszłego poziomu wzrostu chińskiego PKB leży właśnie na Starym Kontynencie. Ponadto, chińczycy mają w swoich rękach potężną oręż w przeciwstawieniu się ewentualnym turbulencją – w przypadku znaczącego spadku eksportu, mogą odpowiedzieć kolejnym pakietem finansowym dla gospodarki, co nie powinno stanowić żadnego problemu, gdyż posiadają blisko 3,2 bln dolarów rezerw walutowych. Ale sami chińczycy zdają sobie już teraz sprawę z istniejącego zagrożenia i jak wspomniałem wcześniej, podczas niedawnego spotkania na linii UE – Chiny zobowiązały się wspomóc finansowo kraje Eurolandu, poprzez wykupienie papierów dłużnych. Czy zostaną wybawicielami Starego Kontynentu czas pokaże, jednakże nie ma co ukrywać, że jest to również poniekąd w ich interesie. Podobnie jak miało to miejsce w przypadku Banku Światowego, MFW nakłania również władze w Pekinie do podjęcia reform dotyczących zmiany modelu chińskiego PKB, tzn. odejść od polityki eksportowej do produkującej na rynek wewnętrzny. Dzięki temu, w takich czasach jak obecnie, uda się ograniczyć jej zależność od szoków w globalnej gospodarce i bardziej wspomóc także popyt wewnętrzny, czyli kolejny ważny element składowy chińskiego PKB. Na czas dzisiejszy gospodarka jest w okresie niewielkiego spowolnienia koniunktury, aczkolwiek co będzie dalej, czy zostaną uwzględnione sugestie międzynarodowych instytucji finansowych zależy od wielu czynników i dopiero czas pokaże w którym kierunku idzie Pekin.

Pierwotnie tekst został opublikowany na stronie http://www.mojeopinie.pl/ireneusz_wieczorek,20,1240002502

Komentarze (0)
Gospodarka USA: niebywała poprawa sytuacji
 Oceń wpis
   

Dokonując analizy danych makroekonomicznych napływających za Oceanu w ostatnich dniach i tygodniach, coraz bardziej przybywa sygnałów mogących świadczyć o końcu kryzysu w największej światowej gospodarce. W ostatnim czasie jesteśmy świadkami m.in. stopniowego spadku poziomu bezrobocia (w najgorszym przypadku jego constans), wzrostu sprzedaży nowych domów i samochodów (na co bez wątpienia istotny wpływ ma tani koszt pozyskania finansowania) czy wzrostu lepszych od oczekiwań danych z sektora przemysłowego. Dlatego też, aż ciężko dziś mi uwierzyć, że w dalszym ciągu mówimy o tym samy kraju, który na przestrzeni ostatnich 2 – 3 lat charakteryzował się niskim poziomem wzrostu produktu krajowego brutto, z niewyobrażalną wręcz dla Amerykanów stopą bezrobocia, zapaścią na rynku nieruchomości i rynku motoryzacji, największym w historii rekordem długu publicznego, obniżką ratingu przez S&P oraz zachwianiem wiarygodności amerykańskich papierów dłużnych. W związku z tym chce wierzyć, że sytuacja gospodarcza Ameryki przy wciąż jednak dużych problemach i wyzwaniach przed jakimi stoi, to trwały trend wzrostowy, a nie jedynie nieoczekiwany „zbieg okoliczności” na niecały rok przed zbliżającym się wyścigiem prezydenckim do Białego Domu.

Optymistyczne dane makroekonomiczne

Kołem zamachowym w nawrocie koniunktury zaczyna być rynek nieruchomości i sprzedaż detaliczna, czyli jedne z najważniejszych sektorów dla gospodarki Stanów Zjednoczonych. Nie ulega wątpliwości, że za poprawą nastrojów wśród amerykańskiego społeczeństwa stoi głównie przede wszystkim stosunkowo lepsza sytuacja na rynku pracy, gdzie według Departamentu Pracy, stopa bezrobocia w ujęciu miesięcznym spadła z 8,7 proc. w listopadzie do 8,5 procent w grudniu zeszłego roku. Była to bardzo miła i zarazem zaskakująca informacja dla analityków rynkowych ponieważ nic wcześniej nie świadczyło o tak znaczącym spadku, a obecny poziom jest zarazem najniższym od blisko trzech lat, czyli  lutego 2009 roku.  Kolejnym pozytywnym sygnałem jest  wzrost w listopadzie o 9,3 proc. m/m oraz o 24,3 proc. w ujęciu rocznym liczby pozwoleń na budowę (rozpoczęto 685 tys. nowych inwestycji), co jest najwyższym poziomem od kwietnia 2010 roku. Jest to bardzo budujące jak na omawiany sektor rynkowy, gdyż właśnie od rynku nieruchomości zaczął się cały kryzys finansowy, którego skutki są odczuwalne do dziś. Wracając do tamtych wydarzeń, mieliśmy wtedy do czynienia z istnym krachem, ceny domów spadały na łeb na szyje, banki wstrzymały kredytowanie, a ludzie na wskutek utraty pracy nie byli wstanie regulować swoich zobowiązań hipotecznych będąc zmuszonym do opuszczania swoich domostw. Inna sprawa, że wina leży również po stronie wszelkiego rodzaju instytucji finansowych, które udzielały kredyty na zakup domów ludziom nie będącym wstanie ich regulować, bez jakiejkolwiek kontroli, co doprowadziło w konsekwencji do wybuchu światowego kryzysu finansowego na przestrzeni lat 2007/2008. W związku z tym, dobry prognostyk o poprawie kondycji na rynku nieruchomości ma też podłoże psychologiczne, gdyż świadczy o tym, że Amerykanie zaczynają znowu dobrze oceniać sytuacje gospodarczą w kraju i nie boją się podejmować ryzyka inwestycyjnego. A jeżeli zaczęły się nowe inwestycje w budownictwie mieszkaniowym, należy liczyć się z tym, że pociągnie to za sobą inne gałęzie gospodarki i z nadzieją powinniśmy oczekiwać wzrostu sprzedaży elementów wyposażenia domów i mieszkań jak m.in. urządzeń RTV i AGD, mebli itp., kreując przy tym nowe miejsca pracy.

Dlatego też, nie ma się co dziwić, że inwestorzy i rynki finansowe tak bardzo pozytywnie przyjęli powyższe informacje, windując w ostatnim czasie indeksy giełdowe od Wall Street, po Stary Kontynent i Azje. Będąc przy giełdach i analizując oraz podsumowując w paru słowach zeszłoroczną sytuacje na parkiecie w Nowym Yorku, to wyglądała ona również zdecydowanie lepiej za Oceanem niż w Europie, gdyż indeks Dow Jones w ujęciu rocznym wzrósł o około 5,0 procent, S&P 500 pozostał prawie bez zmian, a NASDAQ stracił niewiele bo tylko blisko 2,0 procent. Dla ciekawostki podam, że na przestrzeni tego samego okresu londyński FTSE 100 stracił około 6,0 proc., natomiast znacznie gorzej było na pozostałych najważniejszych europejskich parkietach w Paryżu oraz w Frankfurcie nad Menem, co było podyktowane głównie względami zawirowań finansowych na Starym Kontynencie. Powrót ożywienia za Oceanem można też dostrzec analizując wskaźnik produktu krajowego brutto, który w III kwartale 2011 roku wzrósł o 1,8 proc. w ujęciu kwartalnym w porównaniu ze wzrostem o 1,3 proc. na koniec II kwartału zeszłego roku. Jeżeli kolejne dane za grudzień przyniosą także pozytywne dane fundamentalne, to jest możliwość uzyskać wzrost PKB o nawet 2,5 procent w ujęciu kwartalnym w ostatnich trzech miesiącach 2011 roku. Natomiast z nadzieją, aczkolwiek z umiarkowanym hurraoptymizmem należy podchodzić do danych dotyczących sprzedaży detalicznej analizując ostatni odczyt indeksu Uniwersytetu Michigan. Według tego parametru, który obrazuje nastroje amerykańskich konsumentów, w ostatnim miesiącu 2011 roku nastąpił jego znaczący wzrost z 64,1 do 69,9 punktów, co obrazuje większy optymizm w społeczeństwie. Z kolei według Krajowej Federacji Detalistów, bardzo dobrymi wynikami mogą pochwalić się także handlowcy, którzy w dwóch kluczowych momentach tzn. zarówno w „czarny piątek” jak i w okresie świątecznym, odnotowali wzrosty odpowiednio o 6,6 (najlepszy wynik od 2007 roku) i 3,8 proc. w ujęciu rocznym. Niestety, ale jednak nieco gorszymi danymi zaskoczył odczyt grudniowy dotyczący sprzedaży, gdyż odnotowano jedynie wzrost na poziomie 0,1 proc w ujęciu miesięcznym, przy 0,4 proc. w listopadzie 2011 roku. Według informacji za Oceanu, mniejsza sprzedaż była podyktowana przede wszystkim obniżkami cen wynikających z świąteczno – noworocznych wyprzedaży w sklepach oraz obniżką cen paliw na stacjach benzynowych. Z kolei kolejnych wskaźnikiem, który w pozytywny sposób zaskoczył większość obserwatorów, to indeks obrazujący kondycję amerykańskiego przemysłu, który zanotował w grudniu wzrost z 52,7 do 53,9 punktów w ujęciu miesięcznym. Na marginesie należy wspomnieć, że każdy pomiar powyżej 50 punktów oznacza, że dany sektor jest w fazie rozwojowej. Wzrost nastąpił w zamówieniach na dobra trwałe, które w listopadzie w ujęciu miesięcznym wzrosły o 3,8 proc. wobec zerowego poziomu na koniec października. Według Amerykańskiego Departamentu Handlu, prym wiodła branża lotnicza (m.in. z dużym popytem na nowe samoloty Boeinga), nieco gorzej natomiast było z sprzętem elektronicznym i komputerowym.

Niespodziewany wysoki popyt na samochody i obligacje

Kolejnym sektorem najbardziej dotkniętym przez globalny kryzys finansowy w Stanach Zjednoczonych była motoryzacja, która podobnie jak branża nieruchomości obecnie jest na fali wznoszącej. Widać, że najgorsze branża ma już za sobą, gdyż według Departamentu Handlu, na nowe auta amerykanie w zeszłym roku wydali około 206 mld dolarów, kupując blisko 12,7 mln nowych aut, o jedną dziesiątą więcej niż miało to miejsce w 2010 roku. Dlatego też, nie można się dziwić i co jest zarazem dobrym sygnałem, to kolejne koncerny samochodowe szykują się do zaspokojenia rosnącego popytu na nowe samochody poprzez wzrost zapotrzebowania np. na nowych pracowników. Przypominając sobie teraz lata 2007-2009, gdy zamykano dziesiątki fabryk, salonów samochodowych i zwalniano setki tysięcy ludzi (łącznie z kooperantami), a rząd pompował kolejne mld dolarów dla ratowania koncernów samochodowych, to dziś informacje o odrodzeniu amerykańskiej motoryzacji są jak miód na serce dla analityka makroekonomicznego. Jednakże, aby do tego wszystkiego mogło dojść tzn. wzrostu sprzedaży nowych samochodów czy wspomnianej wcześniej zwiększonej liczby chętnych do budowy nowych domów, nieodzowną rolę odegrał i odgrywa Rezerwa Federalna, która robi wszystko aby można było to sfinansować jak najtańszym kredytem przy jednoczesnej łatwości do jego dostępu. W ostatnich latach Fed dodrukował blisko 2,3 bln dolarów i przy pomocy różnych programów pomocowych dokonywał m.in. skupu złych aktywów będących w posiadaniu banków z tytułu nietrafionych inwestycji, kredytów, w wyniku czego instytucje finansowe mogły dostać świeży dopływ gotówki i ponownie wznowić akcję kredytową po wcześniejszym zakręceniu kurka z pieniędzmi. Chęć do ponownego zadłużania się amerykanów jest także następstwem utrzymywania przez Fed stóp procentowych na najniższym w historii poziomie 0,0 – 0,25 proc., czyli w praktyce można pożyczyć pieniądze za przysłowiowe „free”. A jak już zapowiedział Fed, w najbliższej przyszłości nie ma co oczekiwać na zmianę polityki monetarnej, gdyż utrzymanie stóp procentowych na wręcz zerowym poziomie ma byś dalej jednym z głównych czynników do pobudzania amerykańskiej gospodarki. Moim zdaniem dopóki inflacja jest na stabilnym poziomie, to nie widzę przeszkód do utrzymania takiego scenariusza – paradoksalnie dodruk pieniędzy nie zaszkodził amerykańskiej gospodarce, gdyż nie było znaczącego wzrostu cen. Dla mnie jednak prawdziwą zagadką i wręcz fenomenem jest to jak to robią amerykanie, że przy zerowym poziomie stóp procentowych, ba, nawet przy ujemnym poziomie kiedy uwzględnimy 3,0 proc. inflacje, po zakup amerykańskich obligacji ustawiają się kolejki chętnych, którzy wręcz błagają o obligacje i godzą się ponieść stratę. Jako przykład podam, że w ostatnim czasie, podczas aukcji zorganizowanej przez Departament Stanu sprzedano na pniu krótkoterminowe papiery dłużne o wartości 30 mld dolarów, a według danych płynących za Oceanu, chętnych na zakup było dziewięć razy więcej niż papierów do sprzedaży. Żeby tego było mało, jak świeże bułki schodziły też obligacje dziesięcioletnie o 2,0 proc. oprocentowaniu czyli po uwzględnieniu inflacji … kupujący ponoszą stratę.  W moim przekonaniu chyba jednym racjonalnym wytłumaczeniem jest fakt, że teraz wszyscy inwestorzy uciekają do USA, widząc co się dzieje na Starym Kontynencie, szczególnie w Strefie Euro. Można to szczególnie łatwo zaobserwować na rynku walutowym, gdzie mamy do czynienia z większym popytem i tym samym aprecjacją dolara w stosunku do euro, a patrząc jak wielkie jest zainteresowanie amerykańskimi papierami, kurs ten raczej się nie zmieni w najbliższym czasie. Z drugiej strony, może być to zarazem niepokojący sygnał dla reszty świata, że wśród inwestorów mamy obecnie do czynienia z olbrzymią niepewnością co będzie dalej z globalną gospodarką i starają się tak rozlokować swoje środki finansowe, żeby jak najmniej ryzykować i równocześnie godząc się na poniesienie jak najmniejszych strat. Powiem szczerze, że innego wyjaśnienia dla obecnej sytuacji nie widzę …

Amerykańska metoda na kryzys

Metoda stara jak świat w przypadku Stanów Zjednoczonych i żeby najprościej to określić to wystarczą dwa słowa – dodruk pieniędzy. Nie ma co ukrywać, że konsekwentnie prowadzona przez amerykanów polityka ma za zadanie pobudzić w okresie załamania koniunktury zarówno konsumpcję wśród obywateli jak i inwestycje pośród przedsiębiorców przy dostępie do wręcz darmowego kredytu. Ceną jaką płaci kraj za strategie wyprowadzenia z kryzysu stosowaną przez prezydenta Obame i Fed jest zwiększenie długu o blisko 10,0 proc., jednakże jak widać rynek zaakceptował taką metodę, o czym świadczy ogromne zainteresowanie amerykańskimi obligacjami ze strony inwestorów i ufnością w wypłacalność USA. Z drugiej strony, jeżeli są chętni i „biją się” żeby kredytować gospodarkę USA to dlaczego z tego nie korzystać, odpowiada sobie pewnie administracja Obamy. Widać też, że obecnemu prezydentowi udało się, co jest jeszcze chyba ważniejsze w jego polityce wyciągnięcia gospodarki na prostą, wzbudzić przede wszystkim finansowe zaufanie wśród amerykanów, że niezależnie od problemów zawsze mogą liczyć na pomoc państwa, czy to konsumenci czy przedsiębiorcy, kosztem oczywiście nawet dalszego zadłużania się kraju. Dlatego też, amerykanie głównie w obawie o dalszy stan swojej gospodarki, swój „model” wyprowadzania kraju z kryzysu chcą przerzucić na Stary Kontynent, dokładnie do Strefy Euro i już od dłuższego czasu próbują nakłonić Brukselę oraz przede wszystkim Europejski Bank Centralny do rozpoczęcia dodruku euro. Oczywiście EBC nie godzi się na takie rozwiązanie i szczerze powiedziawszy nie dziwie się takiej decyzji, gdyż po pierwsze nie ma pewności, że amerykański scenariusz przyjąłby się w Europie, a po drugie, UE musi dokonać zdecydowanych reform fiskalnych i strukturalnych, a nie drukować pusty pieniądz zamiatając w ten sposób problemy pod dywan. Prędzej czy później i tak problem zadłużenia (ale już większego) by powrócił, gdyż europejski problem finansowy to coś więcej niż jedynie walka z zadłużeniem fiskalnym poszczególnych krajów i same pieniądze tego niestety nie rozwiążą.

Pierwotnie tekst został opublikowany na stronie http://www.mojeopinie.pl (http://www.mojeopinie.pl/ireneusz_wieczorek,20,1240002502)

Komentarze (0)
Narodowy Bank Szwajcarii w obronie franka
 Oceń wpis
   

Ostatnie dni to szczególnie duża aktywność szwajcarskiego banku centralnego, którego głównym założeniem ma być ochrona gospodarki przed zbyt silną walutą, a która coraz bardziej szkodzi utrzymaniu stabilnego wzrostu produktu krajowego brutto w tym kraju. Dla osłabienia franka, rozważana jest opcja wprowadzenia m.in. sztywnego kursu szwajcarskiej waluty powiązanego z euro jak i ujemnych stóp procentowych. Póki co są to jedynie propozycje SNB i zapowiedź ewentualnych kroków, ale dla rynków był to sygnał do wyprzedaży franka i chwilowej jego deprecjacji. Moim zdaniem, w dłuższej perspektywie, przy obecnej sytuacji makroekonomicznej głównie za Oceanem i w Strefie Euro należy liczyć się bardziej z aprecjacją szwajcarskiej waluty w stosunku do euro i dolara, niż jego dalszego osłabia się – w końcu to „bezpieczna przystań”.

Bank chce deprecjacji szwajcarskiej waluty

Szwajcarski bank centralny już kilka razy zniechęcał do inwestowania we franka, chociażby poprzez obniżanie stóp procentowych i pompowanie na rynek dodatkowych pieniędzy (czyt. dodrukowanie) co miało skutecznie zniechęcać inwestorów do lokowania kapitału. Ogólny efekt tych działań nie przynosił jednak zamierzonego efektu i waluta w dalszym ciągu się umacniała (prawdziwe apogeum to ostatnie miesiące), czego bezpośrednio doświadczają m.in. Polacy mający kredyty hipoteczne w tej walucie. Pojawiły się również zapowiedzi SNB żeby dalej obniżać stopy procentowe do poziomu ...poniżej zera (po ostatniej interwencji z początku sierpnia są na poziomie w przedziale 0,00 - 0,25 proc.), co miałoby się przełożyć na odwrócenie inwestorów od franka. Jest to tak naprawdę postawienie całego systemu bankowego do góry nogami, ponieważ jaki w rzeczywistości ma w sobie cel ujemnych stóp procentowych – jako klient wpłacając do banku pieniądze na lokatę, to ja jestem zmuszony dopłacić do tego interesu. Notabene, właśnie według inwestorów mamy obecnie ujemne realne stopy procentowe na co wskazywać mają kontrakty terminowe na LIBOR w państwie Helwetów. Warto tutaj również nadmienić, że obecne koszty ubezpieczania od bankructwa dla Szwajcarii (tzw. CDS- y), wzrosły ostatnio z 30 do 100 pkt bazowych, co oznacza, że dziś za ubezpieczenie szwajcarskiego długu wartego sto dolarów trzeba zapłacić jednego dolara.

Czy stopy poniżej zera to dobry straszak? Bardzo ciężko wyrokować, ponieważ jeżeli w dalszym ciągu na świecie będzie trudna sytuacja gospodarcza i będziemy mieli do czynienia z zainicjowaniem dalszego odpływu kapitału od najważniejszych globalnych gospodarek, to dopłacanie do lokowanego kapitału we frankach może nie być dla inwestorów żadnym problemem. Tak naprawdę bezpośrednia interwencja na rynku nie ma już raczej sensu, gdyż aby dała oczekiwany efekt, trzeba by objąć nią potencjalnie nieograniczoną wielkość kapitałów, które mogą być ulokowane we frankach. Ogrom skali takiej interwencji odbył by się kosztem wysokiej inflacji w samej Szwajcarii, co doprowadziło by do recesji w długim horyzoncie. SNB ograniczać się będzie jedynie głównie do retoryki (która i tak nie robi już specjalnego wrażenia na inwestorach) przez co nie należy oczekiwać podejmowania żadnych kosztownych działań do powstrzymania wzrostu szwajcarskiej waluty. „Nadzieją” i w sukurs bankowi centralnemu może przyjść pogarszająca się jedynie sytuacja gospodarcza tego kraju, którego przyczyną będzie właśnie zbyt silna waluta. Ostatecznością może być kontrola przez bank centralny transakcji finansowych z resztą globu poprzez ograniczenie sprzedaży szwajcarskiej waluty, ale prawdę mówiąc jest to wręcz nierealne, nie tylko ze względów ekonomicznych.

Co naprawdę może zrobić SNB?

Jak już nadmieniłem wcześniej, szwajcarski bank w swoich ostatnich komunikatach nie wyklucza tymczasowego usztywnienia kursu franka wobec europejskiej waluty chcąc przez to dać wytchnienie szwajcarskiej gospodarce – na skutek takich opinii nastąpiło momentalne osłabienie franka wobec euro o 6 proc. najmocniej od 1999 roku kiedy wprowadzono wspólną walutę europejską. Mimo wcześniejszych działań interwencyjnych ze strony banku centralnego poprzez zwiększenie płynności na rynku pieniężnym i tnąc stopy procentowe prawie do poziomu zerowego, to w dalszym ciągu jest popyt na tą walutę. A dla kraju, który żyje głównie z eksportu, silna waluta powoduje, że w dłuższym okresie może doprowadzić nawet do głębokiego spowolnienia koniunktury, gdyż produkty sprzedawane chociażby na Starym Kontynencie czy za Wielką Wodą będą zdecydowanie droższe, przez co nie będzie na nie nabywców. Te odważne przekazy medialne jakie płyną z Szwajcarii świadczą o tym, że skala problemu jest bardzo poważna i daje się we znaki lokalnym przedsiębiorstwom oraz całej gospodarce, aczkolwiek do dziś na słowach się jedynie kończy. W moich wcześniejszych artykułach o szwajcarskiej walucie pisałem, że do walki w celu przeciwstawieniu się ogromnemu popytowi na franka jaki widzimy na globalnych rynkach finansowych, ramie w ramie z SNB stają również politycy szukając wszelkich możliwości chociażby na chwilową deprecjacje ich waluty. To, że szwajcarska waluta jest przewartościowana to nie ulega wątpliwości, jednak pytanie brzmi czy zapowiedzi władz banku centralnego o wprowadzeniu sztywnego kursu to jedynie medialny straszak, czy realny scenariusz? Jego wprowadzenie oznaczałoby bowiem rezygnacje z własnej polityki monetarnej i walutowej oraz o warunkach działania szwajcarskiej gospodarki decydowałby Europejski Bank Centralny (inne pytanie brzmi czy byłoby to też zgodne z szwajcarską konstytucją). Teoretycznie, każda z tych metod w krótkim okresie jest możliwa, jeżeli nie zagraża oczywiście stabilności cen i nie zdziwiłbym się gdyby na taki krok się zdecydowano, widząc chociażby zawzięcie rządzących krajem do obniżki wartości franka. W „normalnych” warunkach rynkowych taki krok na pewno nie zostałby podjęty, ale w czasach obecnych, przy kolejnym kryzysie finansowym który dotyka kolejne kraje, to nic do końca nie jest wykluczone. W dłuższej perspektywie nie należy oczekiwać zmiany trendu kursu, gdyż po pierwsze frank cały czas jest uznawany za bezpieczną przystań do lokowania oszczędności i przeczekania obecnych problemów gospodarczych w najważniejszych światowych gospodarkach, a po drugie, inwestorzy czekają na czyny ze strony SNB, a na takowe na razie się raczej nie zanosi. Kroki podejmowane przez SNB póki co nie zadawalają rynków, jednakże wciąż dysponuje odpowiednimi narzędziami – ogłoszono skupowanie bonów pieniężnych od instytucji finansowych do 200 mld franków wartości depozytów jakie są ulokowane w banku centralnym. Zdeklarowano także, że w celu rozruszania gospodarki zostaną przeznaczone dodatkowo 2 mld franków szwajcarskich. Dodatkowo przewiduje się obniżenie na rok części podatków oraz wpompowanie w jedną z głównych gałęzi gospodarki turystkę oraz w rozwój innowacji blisko 100 mln franków.

Idea stosowania kursu sztywnego

Główne założenia kursu sztywnego to dążenie do utrzymania stałego kursu nominalnego waluty krajowej zazwyczaj względem koszyka walut jak chociażby wobec dolara amerykańskiego czy euro. Strategie kursu sztywnego prowadzi się głównie w krajach, których gospodarki w dużym znaczeniu są oparte na wymianie handlowej, jednakże są stosunkowo małe pod względem gospodarczym. Natomiast dla eksportów i importerów oznacza to nic innego jak wyeliminowanie najważniejszego ryzyka jakim są wahania kursu walutowego na wskutek sytuacji na rynkach światowych. Równocześnie przyjmując kurs sztywny wobec danej waluty można „pozyskać” politykę monetarną oraz poziom inflacji z tego kraju, chociaż wiarygodność będzie trochę mniejsza niż waluty referencyjnej. Odejście z kolei od polityki kursu płynnego niesie za sobą niebezpieczeństwo utraty możliwości oddziaływania na kurs walutowy – zwykle poprzez interwencje banku centralnego na rynku walutowym. W tym momencie warto również wyjaśnić jak kurs sztywny ma się do poziomu cen – jeżeli mamy do czynienia z krajem niestabilnym gospodarczo z wysoką inflacją, w początkowej fazie powoduje spadek inflacji i da wytchnienie gospodarce. Wynika to z faktu, że ceny towarów które są handlowane pomiędzy dwoma krajami nie mogą wzrastać szybciej niż w kraju referencyjnym. W przeciwnym razie mielibyśmy do czynienia z sytuacją, że zaczęto by sprowadzać towary z zagranicy przez co ceny musiały by wrócić do pierwotnego poziomu. Z drugiej strony, kiedy gospodarka osiągnie względną stabilność gospodarczą, zwiększy się rola różnić pomiędzy pożądanymi politykami pieniężnymi w obu krajach. W kraju, który ma sztywną walutę przy równoczesnej ekspansywnej polityce pieniężnej może to doprowadzić do utraty kontroli nad poziomem inflacji. Z wspomnianym przeze mnie wcześniej niebezpieczeństwem związanym z utratą kursu płynnego mamy do czynienia w tym momencie, ponieważ likwidując niezależną politykę pieniężną, pozbywa się jednocześnie oręża w walce z wstrząsami rynkowymi. Wynika z tego, że idea kursu sztywnej waluty w horyzoncie długookresowym może być sprzeczna z obecną sytuacją gospodarczą kraju, również z uwzględnieniem polityki stabilizacyjnej cen.  

Pierwotnie tekst został opublikowany na stronie http://www.mojeopinie.pl

 

Komentarze (1)
Bezpieczne przystanie - Frank szwajcarski i Jen japoński
 Oceń wpis
   

Kiedy na Starym Kontynencie zaczynają pojawiać się niepokojące informacje gospodarcze, gdy za Oceanu napływają sygnały o problemach amerykańskiej gospodarki, kiedy większość świata zaczyna pogrążać się w spowolnieniu koniunktury, to pierwszym krokiem podejmowanym przez inwestorów jest ucieczka z kapitałem do bezpiecznej przystani jaką zwie się Szwajcaria, kupując franki szwajcarskie. Na czym polega ten fenomen i jakie ma to odzwierciedlenie oraz konsekwencje gospodarce dla tego niewielkiego europejskiego kraju? Podobnie rzecz się ma z jenem japońskim, który po wydarzeniach związanych z trzęsieniem ziemi i tsunami na początku b.r. zyskuje coraz więcej w oczach uczestników rynków finansowych. Czy jednak takie zaufanie do tych walut na rynkach światowych, ma równocześnie pozytywny wpływ na bieżącą kondycje gospodarek tych krajów?

Mocny frank to problem głównie dla samej Szwajcarii

Szwajcaria, dla większości ludzi kojarzona z bogactwem, z tajnymi kontami bankowymi, niezawodnymi zegarkami oraz „dziurawymi” serami, dla jej obywateli ma też tą drugą, mniej pozytywną stronę. Renoma kraju Helwetów, słynącego od setek dziesiątek lat z neutralności oraz bezpieczeństwa lokowanych tam pieniędzy, co jakiś czas odbija się niestety samym szwajcarom czkawką, a mówiąc dokładnie, w chwili kiedy cały świat chce kupić ich walutę i lokować swój kapitał w tamtejszych instytucjach finansowych. Jest to najbardziej odczuwalne w czasach obecnych, kiedy kryzys finansowy dotykający cześć krajów Strefy Euro i przedłużający się problem z redukcją długu Stanów Zjednoczonych, jeszcze bardziej potęguje obawy wśród mieszkańców i szwajcarskich przedsiębiorstw o stan ich gospodarki ze względu na zbyt silną aprecjację franka.

Szwajcaria jest wyjątkiem nie tylko w skali europejskiej, ponieważ jest to jeden z nielicznych krajów, który po ostatnim globalnym kryzysie zachował nadwyżkę budżetu federalnego, pomimo ogromnego udziału w gospodarce kluczowego sektora finansowego (obejmujący około 400 banków), a który dał się we znaki w innych krajach najbardziej rozwiniętych. Dowodem na to niech będą przeprowadzone przez szwajcarski bank narodowy restrykcyjne stress – testy, które pokazały, że system finansowy jest płynny i nie wymaga dokapitalizowania (wyjątkiem były banki UBS i Credit Suisse). System bankowy to prawdziwy obieg krwionośny, strategiczny sektor gospodarki, gdyż wypracowuje blisko 12,0 proc. produktu krajowego brutto, dając zatrudnienie blisko 200 tysiącom ludzi. Kiedy do tego dodamy zdrowe finanse publiczne, znaczącą nadwyżkę na rachunku bieżącym, a także wspomniany wcześniej status jednej z głównych walut świata, to wszystko powoduje, że mamy do czynienia z finansową ostoją Europy. Bez wątpienia sukces, jakim mogli pochwalić się Helweci, dziś w okresie problemów finansowych na Starym Kontynencie, jest dla niech przekleństwem. Jak już pisałem, gospodarka szwajcarska jest zbyt mała, aby móc sobie pozwolić na silną walutę w perspektywie długoterminowej. Bo prócz banków, znaczącym kołem zamachowym szwajcarskiej koniunktury jest eksport, a ten w okresie aprecjacji franka ma raczej przed sobą niepokojące perspektywy. Aczkolwiek, żeby być sprawiedliwym, prognozowana przez analityków sprzedaż produktów wyprodukowanych przez tamtejszych pracodawców na koniec roku ma być na plusie. Prym wiodą tutaj klienci o zasobnych portfelach (około 60,0 proc. eksportu to dobra luksusowe), pytanie tylko czy trend ten będzie kontynuowany w kolejnych kwartałach, kiedy frank się będzie umacniał – jeżeli USA ogłoszą na początku sierpnia niewypłacalność, ty wtedy moim zdaniem nastąpi w okresie krótkoterminowym prawdziwa „jazda w dół” dolara i euro wobec szwajcarskiej waluty. Cześć kosztów póki co firmy szwajcarskiej biorą na siebie, nie podnosząc cen i obniżając marże, ale już pojawiają się pierwsze sygnały, że jeżeli centralny bank szwajcarski nie zacznie interweniować (ostatnie interwencje jednak nic nie dały, gdyż zawsze był większy popyt niż podaż franków), to w niedługim czasie zostaną zmuszone przenieść swoją działalność do innych krajów, gdyż nie będzie się opłacało produkować, co bezpośrednio odbije się na miejscach pracy. W moim przekonaniu jest to bardziej próba wywarcia na władzach zdecydowanego działania przed zbliżającymi się październikowymi wyborami parlamentarnymi niż realne groźby, ponieważ w dalszym ciągu jest wielu chętnych do tworzenia inwestycji bezpośrednich (oczywiście znaczna część projektów inwestycyjnych została także zamrożona w oczekiwaniu na lepsze czasy), specjalizujących się w produkcji głównie na eksport. Właśnie paradoksalnie niskie bezrobocie, wysokie wynagrodzenia przy wysokiej wydajność pracowników, to nadal główne atuty do opłacalności inwestycji. Pytanie na jak długo ….   

Genewa: Spowolnienie gospodarcze nachodzi

Ostatnie informacje dotyczące indeksu PIM dla Szwajcarii wskazują, że mamy jednak do czynienia osłabieniem w sektorze przemysłowym oraz znacznym, nieoczekiwanym spadkiem konsumpcji wewnętrznej. Według najnowszych danych, szwajcarski eksport w czerwcu wzrósł o jednie 3,1 proc. w ujęciu miesięcznym, wobec blisko 17,0 proc. w maju, przy równoczesnym spadku o 14,6 proc. r/r eksportu do krajów Unii Europejskiej i wzroście o 16,0 proc. do państw azjatyckich. Z kolei produkt krajowy brutto w I kwartale wzrósł tylko o 0,3 proc., w wyniku czego zredukowano już prognozy do 2,1 na koniec bieżącego roku i jedynie do 1,5 proc. na koniec 2012 r.

Tamtejsze związki zawodowe ostrzegają, że dla gospodarki, która żyje głównie z eksportu, silny frank doprowadzi albo do emigracji przedsiębiorców albo ich bankructw, co może się przełożyć na utratę blisko 100 tys. miejsc pracy. Część ostrzeżeń już się spełnia, gdyż w ramach oszczędności i wypracowanych niższych zysków na I półrocze, bank UBS zamierza dokonać redukcji załogi o około 5 tys. pracowników, natomiast Credit Suisse ogłosił cięcia etatów o tysiąc pracowników. Dlatego też, dla tego ośmiomilionowego kraju, sukces który był wypracowywany latami, przy prężnie działającym sektorze bankowym, stabilizacji politycznej, i mimo wszystko dobrze rozwijającej się gospodarce, dziś już nie jest odbierany w Szwajcarii z takim entuzjazmem. Osłabienie koniunktury w kraju Helwetów jest poniekąd przyczyną… nie rozwiązanych problemów w krajach Strefy Euro, a mówiąc bardziej obrazowo, ciągle nieuzdrowiony system bankowy, przy ulokowanych miliardach euro m. in. przez banki niemieckie i francuskie w obligacjach greckich, portugalskich czy włoskich, to wszystko powoduje, że jedyną bezpieczną przystanią jest… właśnie frank szwajcarski. I koło się zamyka, gdyż taka postawa wśród zagranicznych inwestorów ma fatalne skutki dla Szwajcarii. Ostatnim czasie usłyszałem nawet, chyba bardziej w kontekście desperacji, że są naciski aby franka zastąpić …euro, co pozwoliłoby gospodarce na pewną stabilizacje – powiem szczerze, że bardzo odważne słowa, ale nie spodziewam się, żeby kiedykolwiek do tego doszło i traktuje to jedynie jako walkę polityczną.

Mimo tych zawirowań, właśnie odrębna waluta, w tym wypadku frank, oraz niezależność państwa (dopiero od 2003 roku Szwajcaria jest w ONZ), to jedne z najważniejszych cech tego kraju. Dlatego też, z każdej strony są naciski na interwencje banku szwajcarskiego, by pomóc w ten sposób przedsiębiorstwom w wyjściu na prostą. Obecnie stopy procentowe są na poziomie 0,25 proc. i pole manewru dla banku centralnego jest prawie znikome, co powoduje, że frank zdany jest na łaskę Strefy Euro. Im bliżej terminu wyborów i dalszego ciągłego wzrostu franka w stosunku do dolara i euro, tym więcej będzie pomysłów na ratowanie gospodarki przez głębszym spowolnieniem, łącznie z próbami opodatkowania transakcji walutowych na szwajcarskiej walucie, co miałoby zniechęcić potencjalnych inwestorów do ich kupna i wszelkich spekulacji. 

Jen japoński dzieli los franka szwajcarskiego

Ostatnie miesiące to także silny wzrost japońskiej waluty, która odbuduje się po marcowych tragicznych wydarzeniach związanych z trzęsieniem ziemi i tsunami. Gospodarka Japonii zaczyna przyspieszać, a szczególnie wrażenie robi wzrost produkcji przemysłowej, która na koniec maja odnotowała wzrost o 5,7 procent w ujęciu miesięcznym, co w moim przekonaniu jest miłym zaskoczeniem, gdy przypomnę sobie zniszczenia jakie były publikowane w mediach po przejściu tsunami. Zniszczone fabryki oraz infrastruktura związana z przesyłem energii elektrycznej w najbardziej uprzemysłowionej części kraju, spowodowało to na kilka tygodni zakłócenia w rozbudowanym systemie dostaw i w ograniczeniu produkcji. Dla kraju, którego gospodarka w większości opiera się na eksporcie, wydawało się, że po takich wydarzeniach latami potrwa powrót do normalności, aczkolwiek nadal trzeba ostrożnie oceniać prognozy co do koniunktury, ponieważ nie jest do końca rozwiązana sprawa kryzysu energetycznego, a co na pewno będzie rzutować na przyszły poziom produktu krajowego brutto. Jednak najbardziej tym, co nie daje obecnie spokojnie spać japońskim przedsiębiorcom, głównie eksporterom, to aprecjacja jena w stosunku do dolara amerykańskiego i euro powodując, że sprzedaż towarów za Ocean i na Stary Kontynent przestaje się opłacać. Jeżeli dodamy do tego problemy gospodarcze w Stanach Zjednoczonych (najważniejszy partner handlowy państwa Kwitnącej Wiśni) wynikające z problemów z długiem publicznych i zapowiadanym spowolnieniem koniunktury, to przed gospodarką japońską trudny okres. W moim przekonaniu, inwestycja w jena to gra spekulacyjna, gdyż nawet opierając się na bardzo dobrych informacjach o odbudowie koniunktury po marcowych wydarzeniach, to w dalszym ciągu jest to jedynie odbicie, a nie jednak trwały wzrost. Większość inwestorów ucieka do jena, ponieważ w tej walucie, obok omówionego wcześniej franka szwajcarskiego widzi ostoje w trudnych czasach na rynkach finansowych. Najbardziej na aprecjacji jena cierpią flagowe, dobrze znane nam firmy motoryzacyjne – Toyota, Honda i Nissan, których większość samochodów trafia na światowe rynki oraz bardzo popularne marki z zakresu szeroko pojętego sprzętu domowego jak Sony, Panasonic czy Toshiba. Dobrze widać to po ostatnich wynikach finansowych poszczególnych spółek za II kwartał b.r. (aczkolwiek słabe wyniki za pierwsze półrocze to w głównej mierze skutek kataklizmu jaki nawiedził Japonie oraz wewnętrznych problemów w tych firmach) – zysk firmy Sony spadł w ujęciu rocznym o 93,0 proc., z kolei Toshiba odnotowała spadek wyniku o 88,0 proc. r/r.

Najlepszym obecnie rozwiązaniem, z perspektywy Tokio, to deprecjacja jena do innych najważniejszych globalnych walut, co pozwoliło by złapać oddech eksporterom. Problem tkwi w tym, jak już wcześniej wspomniałem, zarówno Ameryka jak i Unia Europejska nie bardzo wiedzą jak wyjść obronną ręką z obecnych problemów finansowych, co dla Japonii może oznacza nic innego jak nawrót recesji w dłuższym okresie. A jeżeli dojdzie do załamania się dolara amerykańskiego, co nie jest wykluczone, jeżeli Kongres nie porozumie się w kwestii długu Stanów Zjednoczonych, posypie się nie tylko amerykańska gospodarka, ale i cały świat finansowy. Osobiście uważam, że amerykanie znajdą jednak wyjście z tego patu (zaczną w końcu reformować swoje finanse publiczne!) i chociaż w okresie krótkoterminowym „ulżą” walucie szwajcarskiej i japońskiej. Mam nadzieje, że podobnie postąpi Unia Europejska, wprowadzając w końcu zdecydowane działania, które wyciągną przeżywające kłopoty kraje Strefy Euro na prostą, a w przyszłości pozwolą na szybsze i zdecydowane działania przeciwko krajom, które łamią obowiązujące przepisy w ramach kryteriów z Maastricht, głównie w sferze zadłużenia.

Pierwotnie tekst został opublikowany na stronie http://www.mojeopinie.pl

Komentarze (0)
Analiza makroekonomiczna amerykańskiej gospodarki

Po publikacji wcześniejszego artykułu o problemach dotyczących deficytu i długu publicznego oraz możliwości utraty płynności finansowej przez Stany Zjednoczony, tym razem chciałbym przeanalizować inne dane fundamentalne z amerykańskiego rynku szukając nadziei na przyszłość, że największa gospodarka świata przyspieszy w krótkim czasie na tyle, żeby móc pociągnąć za sobą resztę świata. Aczkolwiek, w moim przekonaniu prócz wspomnianego wcześniej zadłużenia, olbrzymią przeszkodą w utrwaleniu wzrostu gospodarczego będzie rynek prac w połączeniu z konsumpcją wewnętrzną i przemysł, czyli najważniejsze gałęzie gospodarki.

Rynek pracy ciągle w marazmie

Według najnowszych danych za miesiąc maj, w Stanach przybyło zaledwie 54 tys. nowych miejsc pracy (w porównaniu z 232 tys. w kwietniu), co jest wynikiem najmniejszym od września ubiegłego roku i zarazem o przynajmniej 75 proc. mniejszym, niż wskazywały na to wcześniejsze analizy. Tym samym automatycznie poziom ludzi pozostających bez pracy podniósł się do poziomu 9,1 proc. (przewidywano spadek do 8,9 proc.), co nie wróży najlepiej na szybką poprawę w przyszłości. Jest to o tyle zła wiadomość, gdyż jak wiadomo blisko 70 proc. amerykańskiego produktu krajowego brutto przypada na konsumpcję wewnętrzną (spadek tempa wzrostu wydatków konsumentów do 2,2 proc. w porównaniu z 2,7 proc. przed rokiem), w związku z tym jak gospodarka ma się rozwijać, jak ludzie nie mają pracy, a ci którzy pracują, nie są pewni swojej przyszłości. To z kolei powoduje, że nie są skłonni do wydawania zarobionych pieniędzy, a przez to przedsiębiorstwa nie sprzedają swoich produktów (produkcja przemysłowa w kwietniu pozostała bez zmian, wobec wzrostu w marcu o 0,7 proc. po korekcie. Z kolei wykorzystanie mocy produkcyjnych wyniosło w kwietniu 76,9 proc. wobec 77,0 proc. w marcu po korekcie), nie inwestują i nie tworzą nowych miejsc pracy. I koło się zamyka przez co gospodarka kuleje.

Po raz pierwszy od około siedmiu miesięcy miejsc pracy ubyło w przemyśle (spadek o 5 tys. po wzroście o 24 tys. w kwietniu), w sektorze który przez administracje Obamy był mocno wspierany olbrzymimi dotacjami po ostatnim kryzysie finansowym – przypomnijmy sobie chociażby branże motoryzacyjną która otrzymała miliardy dolarów pomocy przed uniknięciem bankructwa i utrzymania obecnych miejsc pracy. Pogorszenie koniunktury w przemyśle wynika z faktu, że na rynkach mamy do czynienia z wysokim poziomem cen surowców, zaczynając od paliwa a kończąc na żywności, co spowodowało, że był mniejszy popyt wewnętrzny. Nie bez znaczenia ma wpływ jeszcze na amerykański przemysł problemy związane z dostawami z Azji, szczególnie z Japonii która nadal odczuwa skutki marcowego trzęsienia ziemi. Mniejsze zapotrzebowanie na pracowników wykazywał również szeroko pojęty sektor handlowy oraz branża turystyczna, z hotelami na czele. Tutaj istotnym czynnikiem może być pogoda czyli szalejące tornada po większości stanów oraz powodzie. Jedyny warty odnotowania przyrost nowych miejsc pracy o blisko tysiąc, odnotowały agencje i urzędy federalne, przy spadku w administracji stanowej i lokalnej. Sektor prywatny zwiększył liczbę etatów jedynie o 83 tys. przy blisko 270 tys. miejsc pracy w kwietniu.

W mojej prognozie liczę na to, że zwiększy się jednak zapotrzebowanie na nowych pracowników w sezonie letnim, aczkolwiek największe obawy mam co do perspektywy długoterminowej, gdyż w zeszłym miesiącu przybyło osób nie mających pracy dłużej niż pół roku w ogólnej liczbie bezrobotnych do 45,1 proc. z 43,4 proc. w miesiącu kwiecień. Tak naprawdę jedyną dobrą informacją w moim przekonaniu w odniesieniu do bezrobocia jest to, że Rezerwa Federalna ze względu na problemy z podażą pracy nadal będzie musiała utrzymywać stopy procentowe na bardzo niskim poziomie. 

Kolos na glinianych nogach

Łagodna polityka pieniężna prowadzona przez Bernanke (obniżka stóp procentowych do zera w 2008 r.) oraz miliardy dolarów wpompowane w gospodarkę w ramach pakietów pomocowych (łączny ich koszt to około 862 mld dolarów) przez Waszyngton wciąż nie dają zadowalający efekt. Jak w takiej sytuacji bywa są dwie strony medalu – krytycy wręcz mówią o wyrzuceniu pieniędzy w błoto, natomiast zwolennicy pakietów stymulacyjnych przekonują, że bez tych funduszy było by jeszcze gorzej i że Ameryka nie wyszła by z kryzysu przez następne lata. Głównym założeniem pakietów pomocowych miało być wsparcie przemysłu, rynku pracy i pośrednio rynku nieruchomości. Po ostatnich danych makro widać, że cel został osiągnięty jednakże nie w takiej skali, w jakiej wszyscy liczyli i nie mówię tylko o samych amerykanach ale również całym świecie, gdyż USA to w dalszym ciągu lokomotywa globalnej gospodarki. Problem pojawia się teraz, kiedy zaczynają wygasać programy stymulacyjne, a zadłużona po uszy Ameryka nie będzie wstanie wziąć na swoje barki ponownie takiego ciężaru finansowania. Dlatego też można wywnioskować, że stymulowanie nie było wystarczającym bodźcem do uruchomienia naturalnych procesów wzrostu gospodarczego.

Od połowy 2009 roku, w następnych siedmiu kwartałach amerykański produkt krajowy brutto rósł, chociaż tempo tego wzrostu było zróżnicowane. Wysoką dynamikę osiągnęła w ostatnich trzech miesiącach 2009 i w pierwszym kwartale 2010 roku, jednakże później mieliśmy już równie pochyłą w dół, a ostatni kwartał tego roku rozczarował najbardziej – wzrost na poziomie zaledwie 1,8 proc. Tak niski wzrost jest powiązany prawdopodobnie z kończącymi się pakietami pomocowymi, co może sugerować, że bez „wspomagania”, amerykański gigant gospodarczy nie da sobie rady. Większość wskaźników wyprzedających dała sygnał na rynek, że będziemy mieli do czynienia z osłabieniem dynamiki wzrostu. Tyczy się to w głównej mierze indeksu ISM dla amerykańskiego przemysłu, a przede wszystkim odzwierciedlającego aktywność w sferze usług, który obniżył się z 57,3 do 52,8 punktów w kwietniu notując tym samym drugi z rzędu spadek wartości. Jednocześnie w czerwcu tego roku kończy się drugi etap luzowania polityki pieniężnej przez FED (inaczej skup obligacji wartych 600 mld dolarów) i przy tym obserwując zachowanie się giełdy na Wall Street można zakładać, że świat finansów oczekuje na trzecią turę luzowania polityki pieniężnej. W przeciwnym razie, bez kontynuacji programu skupu, stan amerykańskiej gospodarki jawi się w czarnych kolorach. Czekam również na decyzje administracji Obamy dotyczącą zmiany w polityce fiskalnej, tzn. czy będziemy mieli do czynienia z podwyżką podatków dla ratowania budżetu centralnego (jeżeli uda się oczywiście przeforsować w Kongresie), a co powinno nastąpić w tym roku, żeby efekty powinny być odczuwalne w przyszłym roku budżetowym (i równocześnie wyborczym).

Rynek nieruchomości bez zmian od czasu załamania w 2008

Po wybuchu kryzysu finansowego trzy lata temu, rynek nieruchomości załamał się w takim stopniu (największy krach w tym segmencie od zakończenia II wojny światowej XX wieku), że ceny domów spadają do dziś i tak naprawdę nie widać tego końca, co jeszcze bardziej blokuje potencjalne ożywienie gospodarki. I również w tym aspekcie mamy błędne koło, gdyż ze względu na rosnące bezrobocie, coraz więcej osób ma problemy, żeby móc na bieżąco spłacać kredyty hipoteczne, to z kolei powoduje, że banki zostają z domami, których wartość diametralnie spadła, w porównaniu do cen sprzed kryzysu, a i tak nie ma chętnych na ich kupno. Analizując dalej, niewypłacalność kredytobiorców wpływa negatywnie na kondycję finansową banków, co bezpośrednio odczuwają … przedsiębiorcy, którzy mają zakręcony kurek w dostępie do środków pieniężnych, przez co nie mogą inwestować. W tym momencie warto wspomnieć, że sam prezydent Barak Obama skierował krytyczne słowa do banków, że jedną z głównych win niskiego wzrostu PKB jest brak polityki kredytowej wobec przedsiębiorców. Impas w nieruchomościach to także negatywny wpływ na migrację za pracą oraz hamowanie konsumpcji wewnętrznej – mniej się buduje (liczba wydanych zezwoleń na budowę nowych domów spadła w kwietniu o 10,6 proc. i wyniosła 523 tys.), remontuje, spadają przychody m.in. firm z sektora budowlanego, RTV i AGD (w kwietniu zamówienia na dobra trwałego użytku zmniejszyły się o 3,6 proc. m/m, a bez uwzględnienia środków transportu spadły o 1,5 proc. m/m). I znowu wracamy do punktu wyjścia, że bez presji na zwiększenie popytu wewnętrznego, a co nie nastąpi bez spadku bezrobocia, nie ma co liczyć na poprawę na rynku nieruchomości, co grozi nadejściem jednak ciężkich czasów dla Ameryki.

Podsumowując, amerykańska gospodarka znów ma problemy, a możliwości interwencji ze strony polityki gospodarczej się wyczerpują. Pozostaje w tym momencie liczyć na spadek cen ropy, która według wielu analityków, jest podawana za jedno z głównych czynników zahamowania wzrostu gospodarczego. Ale paradoksalnie luźna polityka monetarna nie sprzyja spadkowi cen surowców. 

FED za kolejnymi bodźcami finansowymi

Według wtorkowych słów przewodniczącego amerykańskiego banku centralnego, gospodarka amerykańska potrzebuje niezwłocznie kolejnych zachęt finansowych, gdyż obecne ożywienie w gospodarce jest zbyt powolne. Według szefa Rezerwy Federalnej, poziom produkcji gospodarczej wciąż nie wykorzystuje pełnego swojego potencjału, w związku z tym należało by podjąć stosowne decyzje w polityce monetarnej. Jasne jest również, że w przypadku opublikowanych przeze mnie wcześniej danych fundamentalnych, pozostawienie stóp procentowych w okolicach zera jest wręcz pewne przynajmniej przez ten rok. Bernanke prognozuje, że szybszy wzrost gospodarczy nastąpi w USA najwcześniej dopiero w przyszłym roku, kiedy ma nastąpić spadek cen ropy oraz odbudują się fabryki w Japonii po trzęsieniu ziemi, przez co skończą się kłopoty z dostawami części i prefabrykatów do Ameryki. Priorytetem teraz, poza walką z zadłużeniem kraju jest również walka z pogarszającą się stopą życia amerykanów ze względu na wspomniane już wysokie ceny paliw czy żywności, oraz wysoki poziom bezrobocia i krach na rynku nieruchomości, co powoduje niejasne perspektywy na przyszłość dla ludzi. Szef amerykańskiego banku centralnego dodał również, że należy wypracować takie regulacje i rozwiązania, alby zwiększyć płynność banków i zastanowić się, jaki będzie miało to wpływ na szerszy system finansowy, a jednoznacznie nie będzie wprowadzało zbędnych ograniczeń do dostępności dla kredytu.

Reasumując to wszystko, najbliższe kwartały wydają się być bardzo „gorące” za Oceanem zarówno pod względem gospodarczym jak i wyborczym, co bez wątpienia przełoży się bezpośrednio na resztę globu.

Pierwotnie tekst został opublikowany na stronie http://www.mojeopinie.pl

Komentarze (1)
Amerykańska gospodarka pod ścianą – dług i deficyt
 Oceń wpis
   

Za nami miesiąc maj, więc jak bumerang wraca temat amerykańskiego zadłużenia o którym pisałem już kilkakrotnie na przestrzeni ostatnich miesięcy. Co kwartał, za Oceanu napływają do nas informacje dotyczące stanu finansów publicznych i niestety trzeba przyznać, że z miesiąca na miesiąc są one coraz bardziej niepokojące. Temat amerykańskiego długu to prawie jak „telenowela”, o którym mówi się od lat ale jakoś świat przymyka na to wszystko oczy – aczkolwiek sytuacja ta zaczyna się zmieniać. W zeszły czwartek, tym razem agencja rantingowa Moody`s (wcześniej podobnie postąpiła agencja Standard & Poor`s) ostrzegła administracje prezydenta Obamy, że może nastąpić obniżka wiarygodności kredytowej USA jeżeli nie zostanie na przestrzeni kilku tygodni ustalony limit zadłużenia na ten rok. Tylko czy znowu na groźbach się skończy…?

Maksymalny pułap zadłużenia osiągnięty

Stany Zjednoczone doszły właśnie do ściany, gdyż w zeszłym miesiącu osiągnęły ustawowo dozwolony stan zadłużenia sięgający blisko 14,3 biliona dolarów amerykańskich, co mówiąc wprost powoduje, że nie mogą już więcej zaciągać żadnych długów. A to oznacza, że pod wielkim znakiem zapytaniem stoi możliwość regulowania swoich zobowiązań zarówno wobec wierzycieli jak i własnych obywateli. W związku tym, jedynym wyjściem jest teraz zarówno podwyższenie przez Kongres ustanowionej wcześniej granicy limitu zadłużenia oraz wprowadzenie cięć w wydatkach z kasy publicznej, jak to ma miejsce obecnie na Starym Kontynencie. Amerykański Departament Skarbu założył, żeby limit zadłużenia podnieść aż do 2,4 bln dolarów, by nie dokonywać żadnych korekt w trakcie kampanii prezydenckiej w przyszłym roku.

Pierwszym sygnałem dla Waszyngtonu powinna być „żółta kartka” jaką pokazali analitycy agencji S&P, którzy dali Ameryce negatywną pespektywę z 33 – procentową szansą na obniżenie wiarygodności kredytowej na przestrzeni najbliższych dwóch lat. Generalnie, obniżenie oceny wiarygodności kredytowej pociąga za sobą wzrost premii za ryzyko np. dla obligacji skarbowych, gdyż inwestorzy w zamian za pożyczenie pieniędzy żądają wyższej stopy zwrotu. A to z kolei przekłada się na to, że automatycznie rosną koszty zadłużenia jakie ponosi emitent tych papierów. I taka sytuacja może mieć miejsce w przypadku najpotężniejszej gospodarki świata, jeżeli nie nastąpią zdecydowane kroki w naprawie finansów publicznych. Inną kwestią jest z czego będą spłacane przy wyższym oprocentowaniu ale to w dalszej części artykułu. Podobnego zdania jest szef Rezerwy Federalnej, który nawołuje prezydenta Obame i Kongres do szybkich działań w tym aspekcie, ponieważ według niego, to olbrzymi dług i deficyt są największą zmorą amerykańskiej gospodarki.

Kiedy przeanalizujemy sobie okres sprzed około 10 lat, dług publiczny i budżet były na zrównoważonym poziomie 56 proc. produktu krajowego brutto. Jednakże kosztowne wydatki (z ok. 305 mld dol. W 2001 do ok. 770 mld dol. w 2011) na obronę narodową związane z walką z terroryzmem i wojnami w Iraku i Afganistanie doprowadziły Amerykę na krawędź przepaści. Kolejnym gwoździem do trumny w przypadku finansów publicznych w ostatniej dekadzie była także obniżka podatków przez poprzednią administracje Białego Domu oraz wielki kryzys finansowy jaki nastąpił w 2008 roku (zwiększono wydatki np. na zasiłki dla bezrobotnych, spadły dochody z podatków przy jednoznacznym pobudzaniu gospodarki i ratowaniu instytucji finansowych i to wszystko nałożyło się na już istniejący deficyt ok. 2-5 proc. PKB w latach 2002-2008), który kosztował amerykanów setki miliardów dolarów dla ratowania gospodarki. W związku z tym, nie ma się co dziwić, że dług publiczny sięgnął ustawowej granicy a deficyt budżetowy wynosi blisko 10 proc. PKB czyli 1,6 bln dolarów. Obecnie sytuacja wygląda tak, że środki na finansowanie działalności kraju starczą do końca wakacji, i jeżeli Kongres nie podniesie do tego momentu ustawowego progu zadłużenia to automatycznie USA staną się niewypłacalne i co za tym idzie, nie będą wstanie dokonać wykupu amerykańskich obligacji. A to najbardziej niepokoi Chiny, najważniejszego inwestora amerykańskich papierów wartościowych, których wartość sięga blisko 1,1 bln dolarów i którzy w tym momencie wzywają Biały Dom do podjęcia zdecydowanych kroków dla ochrony ich inwestorów.

Sprzeciw Republikanów, piłka po stronie administracji prezydenta Obamy

Nie lada wyzwanie czeka głównie prezydenta Baraka Obame na rok przed wyborami w ponownej walce tym razem o reelekcje w Białym Domu, gdyż musi przekonać Republikanów i świat do naprawy finansów publicznych. Jeszcze do niedawna optował za przedłużeniem pakietów pomocowych w celu dalszego pompowania miliardów dolarów w gospodarkę w celu jej ratowania, jednakże w obecnej sytuacji wszystko się zmienia diametralnie. W ostatnim dniu maja, Izba Reprezentantów odrzuciła projekt ustawy o możliwości podniesienia limitu zadłużenia publicznego o 2,4 bln dolarów, co w opinii Demokratów jest to nic innego jak gra polityczna prowadzona przez Republikanów kosztem własnego państwa. W opinii tych ostatnich, jedynym warunkiem, aby zgodzili się na propozycje administracji Obamy o podniesieniu limitu zadłużenia są równoczesne cięcia wydatków na sumę kilku bilionów dolarów.

Oszczędności zaproponowane przez prezydenta sięgają 4,0 bln dolarów, ale rozłożone są aż na 12 lat i mają dotyczyć jedynie likwidacji ulg podatkowych dla najbogatszych i wydatków na wojsko oraz podwyżki podatków. Nie zgadzają się z tym Republikanie, gdyż taki poziom oszczędności jest dla nich zbyt skromny (chcą cięć rzędu 4,4 bln dolarów w ciągu najbliższej dekady) oraz zdecydowanych reform w wydatkach federalnych funduszy ubezpieczeń zdrowotnych dla osób starszych i najuboższych, które łącznie ze zbrojeniem pochłaniają blisko 83 proc. budżetu. W bieżącym budżecie wydatki opiewają na około 3,8 bln dolarów, z tego opieka zdrowotna (łącznie z systemem ubezpieczeń społecznych) dla osób starszych to 882 mld dolarów, wydatki na opiekę społeczną to 706 mld dolarów i obronę narodową to 768 mld dolarów. Moim przekonaniu nie ma szans na realizacje planu Republikanów, gdyż dla prezydenta Obamy byłby to przysłowiowy „strzał w stopę” przed zbliżającymi się wyborami, ponieważ na emeryturę zaczyna przechodzić potencjalny elektorat z pokolenia baby boomers czyli blisko 77 mln ludzi.

Możliwe scenariusze.. co dalej z USA

Według słów prezydenta Obamy skierowanych szczególnie do Republikanów, jeżeli nie nastąpi w miarę szybkie zwiększenie limitu zadłużenia to całemu światu grozi nowa recesja i powtórka z ostatniego kryzysu finansowego. I z tym akurat się zgadzam, ponieważ proszę sobie wyobrazić, co by się teraz stało, jeżeli amerykanie przekazali by światu że nie są wstanie spłacić swoich obligacji skarbowych (np. Chińczykom), że kredyt amerykański nie ma wsparcia w rządzie. Dla gospodarki światowej, która w wielu rejonach globu jeszcze nie podniosła się dostatecznie po ostatnie recesji, taka informacja była by istną tragedią gospodarczą. Zakładając czarny scenariusz - amerykańska waluta staje się „zwykłym” papierem, następuje masowa wyprzedaż aktywów denominowanych w dolarach, upada i tak już ledwo zipiący rynek nieruchomości i przemysł czyli główne gałęzie PKB, rośnie bezrobocie i spada konsumpcja wewnętrzna, a FED zmuszony jest podnieść stopy procentowe żeby móc pozyskać środki pieniężne na bieżącą egzystencje gospodarki z jednoczesnym dławieniem w ten sposób gospodarki, co automatycznie pociąga za sobą cały świat i destabilizując rynek finansowy i surowcowy. Rosnące koszty zadłużenia (o ile ktokolwiek pożyczyłby Ameryce jeszcze pieniądze), przy spadku PKB powoduje wręcz błędne koło i mamy kolejny ogromny kryzys finansowy na przestrzeni krótkiego czasu – paradoksalnie taki scenariusz na chwile obecną jest również możliwy. Tak mozolnie odbudowywany za Oceanem stan gospodarki po kryzysie finansowym w 2008 roku, w jednej chwili obróciłby się w popiół. Efekt domina dotknął by cały świat, a szczególnie Stary Kontynent, gdyż inwestorzy pozbywając się dolara zaczęli by masowo kupować franka szwajcarskiego i euro, co przy silnej walucie szczególnie euro negatywie odbiło by się na eksporcie krajów ze Strefy Euro, np. Niemiec czy Francji, które żyją głównie z sprzedaży swoich produktów zagranicę i są głównym i najważniejszym kołem zamachowym Europy.

Dlatego też, teraz najważniejszą sprawą dla USA jak i całego świata jest nade wszystko kompromis w Izbie Reprezentantów dotyczący wydłużenia limitu zadłużenia, w celu „oddalenia” w czasie możliwości obniżenia ratingu. Równolegle należy przeprowadzić również w miarę szybko reformy mające na celu obniżkę zarówno deficytu jak i długu publicznego, próbując oczywiście nie wylać przy tym „dziecka z kąpielą” poprzez osłabienie i tak kruchego wzrostu gospodarczego. Moim przekonaniu nie obejdzie się bez podnoszenia podatków, bo deficyt, który może sięgnąć w tym roku 11 proc. produktu krajowego brutto jest zbyt duży, by poza spadkiem wydatków liczyć równocześnie na wzrost przychodów. Dlatego też, plan prezydenta Obamy zakładający zarówno oszczędzanie jak i zmiany w polityce fiskalnej wydaje mi się najbardziej racjonalnym rozwiązaniem. Szczerze mówiąc, to nie widzę innego sposobu i zgadzam się z prezesem FED, że obecnie nie ma pilniejszej sprawy niż walka o finanse publiczne za Wielką Wodą – jeżeli reformy zostaną wprowadzone, wtedy perspektywa ratingu USA może powrócić do stabilnej. Teraz co pozostaje nam to czekać do momentu, aż ruszą dyskusje nad kształtem ustawy budżetowej i jeżeli plan Obamy udało by się przeforsować w Kongresie, to dzięki temu deficyt budżetowy według prognoz spadłby do 2015 roku do akceptowalnego poziomu 2,5 proc. produktu krajowego brutto. Najbliższe miesiące pokażą, czy USA ale i cześć krajów Europy Zachodniej będzie wstanie poradzić sobie z uzdrowieniem finansów publicznych i uchronią świat (jak już cześć ekonomistów prognozuje) przed kolejnym wielkim kryzysem gospodarczym.

Pierwotnie tekst został opublikowany na stronie http://www.mojeopinie.pl

Komentarze (0)
Świat finansowy wstrzymuje oddech po informacji za Oceanu
 Oceń wpis
   

Poniedziałkowy raport agencji ratingowej Standard&Poor`s o obniżeniu perspektywy ratingu USA ze stabilnej na negatywną wywołał istny szok na rynkach kapitałowych, aczkolwiek kto bardziej orientuje się w polityce fiskalnej prowadzonej przez administracje prezydenta Obamy, nie powinno być to dla niego zaskoczeniem. O szeroko pojętych problemach w finansach publicznych mówi się już od bardzo dawna choć tylko nie oficjalnie i kwestią czasu było, kiedy ktoś w końcu przedstawi „prawdę”. Skutkiem tego, po komunikacje S&P m.in. koszt ubezpieczenia amerykańskich papierów pięcioletnich wzrósł od razu o 49 punktów bazowych z 36 punktów jakie miało miejsce na początku kwietnia. Natomiast rentowność amerykańskich obligacji dziesięcioletnich niewiele się zmieniła, pozostając w pobliżu poziomu 3,45 proc.

Jak to jest ze Stanami Zjednoczonym….

„Istnieje ryzyko, że amerykańscy decydenci nie dojdą do 2013 r. do porozumienia w sprawie średnio i długoterminowej konsolidacji fiskalnej. Jeśli porozumienie to nie zostanie zawarte, a jego wdrażanie szybko się nie rozpocznie, to profil fiskalny USA zostanie osłabiony w porównaniu z innymi krajami mającymi najwyższe ratingi kredytowe AAA. Ponieważ w porównaniu do innych państw, Stany Zjednoczone posiadają bardzo duży deficyt budżetowy, rosnący dług rządowy i ponieważ droga do rozwiązania tych problemów nie jest dla nas jasna, zrewidowaliśmy długoterminową prognozę ratingu ze stabilnej na negatywną” – głosi najnowszy komunikat Standard & Poor`s. Po decyzji S&P, Stany mogą stracić najwyższy rating kredytowy AAA, którym pochwalić się mogą inne państwa jak chociażby Francja, Niemcy czy Finlandia, jednak jak szacuje sama Agencja, ryzyko takie wystąpi w 30 proc. na przestrzeni dwóch lat. Dalej w komunikacie Agencji można wyczytać, że gospodarka USA jest elastyczna i bardzo zróżnicowana, polityka monetarna wspiera wzrost produkcji przemysłowej, ale jednocześnie istnieje tu silna presja inflacyjna. Do tego istnieje silniejszy popyt na amerykańską walutę niż na pozostałe znaczące waluty, przez co daje Amerykanom możliwość pozyskania finansowania z rynków zewnętrznych.

Mało może kto wie, ale dla rynków finansowych temat dotyczący sytuacji zarówno ekonomicznej jak i finansowej w Stanach Zjednoczonych jest tematem wręcz tabu, a wynika to z faktu, że pojawienie się jakichkolwiek poważnych zagrożeń w najważniejszej gospodarce świata pociąga za sobą resztę globu. Śmiem nawet stwierdzić, że S&P złamało właśnie niepisany układ, z którego wynikało, że ratingi dla USA są nie do ruszenia, nie dlatego, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale właśnie z powodu utrzymania światowej koniunktury. Po ostatnim kryzysie finansowym, który notabene miał początki za Oceanem i którego skutki do dziś odczuwamy wszyscy, każda ponowna bardzo negatywna informacja mogła by doprowadzić do powrotu recesji w globalnej gospodarce. Warto tutaj nadmienić, że poniedziałkowa decyzja agencji ratingowej to jedynie lekkie ostrzeżenie, gdyż obniżeniu uległa jedynie perspektywa a nie …wiarygodność, co w przekonaniu wielu ekonomistów jest krokiem nieszczerym, z drugiej strony pokazując jakie nadal istnieją obawy przed mówieniem „pełnej” prawdy. Przeciwieństwem są chińskie agencje ratingowe, które już od jakiegoś czasu oficjalnie przestrzegają przed zbytnim zaufaniem do wiarygodności Stanów Zjednoczonych z powodu olbrzymiego zadłużenia finansów publicznych. I właśnie ratowanie budżetu to obecnie najbardziej zapalny punkt walki między Demokratami i Republikanami, którzy prześcigają się w pomysłach, których plan ratowania kasy publicznej jest lepszy. Demokraci forsują w senacie amerykańskim zwiększenie limitu długu publicznego i jednoczesnego podniesienia podatków, natomiast Republikanie chcą ciąć podatki z równoczesnym cięciem wydatków socjalnych w celu rozruszania gospodarki. Czy politykom uda się dogadać między sobą rozwiązując problemy fiskalne, czas pokaże, aczkolwiek zbliżające się wybory prezydenckie w przyszłym roku powodują, że cel ten jest bardzo ryzykowny w osiągnięciu.      

Prezydent USA walczy o stan finansów państwa

Barack Obama rozpoczął właśnie kampanie, której najważniejszym celem jest przekonanie amerykanów do jego wizji walki zarówno z deficytem budżetowym jak i długiem publicznym. I jeżeli przyjrzeć się sondażom, to koncepcja ratowania kasy publicznej przez prezydenta Stanów Zjednoczonych cieszy się poparciem większości obywateli. Z kolei niezadowolenie z prowadzonej polityki ekonomicznej Białego Domu dotyczy mizernych efektów w walce z wciąż wysokim bezrobociem, stagnacją płac realnych, a także rosnącą inflacją będąca skutkami wyższych cen żywności i paliw. Główna idea planu zakłada zmniejszenie deficytu budżetowego na przestrzeni kolejnych 12 lat o 4 biliony dolarów amerykańskich poprzez cięcie wydatków rządowych oraz podniesieniem niektórych podatków. Zlikwidowaniu ma ulec próg podatkowy dla osób o dochodach przekraczających 250 tys. dolarów rocznie oraz federalne programy ubezpieczeń zdrowotnych zarówno dla osób najbiedniejszych jak i emerytów.

Prezydent zaznaczył także, że będzie zwalczał forsowaną przez Republikanów propozycję cięć podatków dla najbogatszych Amerykanów. Warto w tym momencie nadmienić, że programy te cieszące się za Oceanem dużą popularnością i stanowiące trzon amerykańskiego państwa opiekuńczego, mogą stać się dla Obamy istną „miną” polityczną przed zbliżającymi się wyborami prezydenckimi. Oznacza to bowiem uderzenie w kieszenie emerytów, którzy stanowią jedno z najpotężniejszych i najliczniejszych lobby w Stanach Zjednoczonych. Z drugiej strony główną przyczyną wzrostu deficytu i długu publicznego są właśnie wydatki związane z obsługą usług medycznych i wypłatami emerytur ze względu na starzejące się w szybkim tempie społeczeństwo amerykańskie oraz wysokie koszty leczenia. Dla przypomnienia, deficyt USA sięga obecnie około 10 proc. PKB, natomiast zadłużenie zarówno zewnętrzne jak i wewnętrzne  wynosi 14,2 biliona dolarów, co stanowi blisko 96 proc. produktu krajowego brutto – najwyższy poziom od II wojny światowej. Biały Dom po wdrożeniu swojego plany ma zamiar zmniejszyć dziurę budżetową w 2015 roku do poziomu 2,5 proc. PKB.

Podczas przemówienia na uniwersytecie Waszyngtona, prezydent przekonywał, że jego propozycja dotycząca ratowania kasy fiskalnej ma charakter jak najbardziej zrównoważony w porównaniu do propozycji Republikanów zakładającej osiągnięcie równowagi budżetowej w drodze redukcji wydatków, bez podnoszenia podatków. Obama poparł również propozycje swojej dwupartyjnej komisji ds. redukcji deficytu w celu uzyskania dodatkowych dochodów państwa w aspekcie m.in. uproszczeniu kodeksu podatkowego poprzez likwidacje niektórych luk i ulg podatkowych. Jednocześnie zastrzegł, że nie będzie żadnych cięć w wydatkach rządowych które tyczyć się będą inwestycji kluczowych dla kraju czy to w zakresie infrastruktury transportowej, badań medycznych czy edukacji.

Skutki dla świata po raporcie Standard&Poor`s

Pomimo, że od zmiany perspektywy do zmiany ratingu jest jeszcze daleka droga, to jednak poniedziałkowa decyzja wywarła piętno na rynkach finansowych. Tak jak już wcześniej wspomniałem, o problemach finansowych Stanów Zjednoczonych wie prawie każdy, wszystkich zaskoczył jednak bardziej sam raport i to, że można oficjalnie mówić o problemach Waszyngtonu. Ogólnie poniedziałkowy dzień był dniem hiobowych wieści, a zaczęło się to od informacji dotyczących Grecji, która ma rozmawiać z Unią Europejską i Międzynarodowym Funduszu Walutowym o możliwości restrukturyzacji długu sięgającego 110 mld euro. Problem Grecji automatycznie przekłada się na problemy europejskich banków, które są już zaangażowane w tym kraju, co pociąga za sobą jeszcze bardziej ryzyko inwestycyjne. Z drugiej strony moje pytanie brzmi – kto i dlaczego nie nadzorował i kontrolował pożyczki pomocowej przekazanej do Aten, gdyż wygląda na to, że została ona po prostu przejedzona, a konsekwencje takiej lekceważącej polityki mogą być bardzo tragiczne w skutkach dla Starego Kontynentu.

Oczywiście jak to w takich sytuacjach bywa Grecja zaprzeczała, jednak nikt już w to nie wierzy czego dowodem były wyceny kontraktów CDS oraz deprecjacja euro. W związku z tym, w moim przekonaniu w najbliższych miesiącach czeka nas okres niepewności, gdyż po pierwsze, rynki finansowe będą nadsłuchiwać informacji płynących z Grecji, gdzie ma zostać przedstawiony plan wyjścia z kryzysu, pomimo tego, że restrukturyzacja długu jest wręcz pewna. Po drugie, w dalszym ciągu wisi na Europą strach o sytuację w Portugalii i Hiszpanii, w dalszym ciągu otwarte jest pytanie ile pieniędzy będą potrzebowały te kraje na walkę z kryzysem. Jeżeli do tego wszystkiego dodamy wciąż bardzo niepewną sytuację w Japonii, która po trzęsieniu ziemi i problemami z elektrownią atomową na odbudowę będzie potrzebowała setki milionów dolarów (będzie spadek PKB w okresie następnych kwartałów) oraz wiszący na światem duży znak zapytania po ostatnich wydarzeniach za Oceanem, to wszystko powoduje, że rynek finansowy, a szczególnie rynek akcji i walut może być istną „kolejną górską”. Na przełomie maja i czerwca czekają europejskie banki kolejne stress – testy, co w przypadku kłopotów w Grecji wynik ich jest nie do końca pewny, dlatego widać jak na dłoni, że najbliższe miesiące będą bardzo „gorące” i nie chodzi tu o nadchodzący okres letni.Według moich analiz, ciekawą alternatywą dla inwestorów może być rynek walutowy, a dokładnie frank szwajcarski, bo jeżeli euro ma widmo problemów z krajami Strefy Euro, jen japoński ma przed sobą spadek koniunktury w kraju Kwitnącej Wiśni, dolar amerykański nękany będzie obniżką ratingu i do tego nie należy spodziewać się raczej interwencji Banku Szwajcarii, to prognoza dla franka rysuje się w jasnych barwach.

Reasumując, tak hucznie zapowiadany przez wielu koniec kryzysu finansowego w dalszym ciągu odciska piętno na gospodarce światowej i jeszcze przed nami wyboista droga do pełnej normalności.

Pierwotnie tekst został opublikowany na stronie http://www.mojeopinie.pl

Komentarze (0)
Japońskie tsunami a światowe rynki finansowe
 Oceń wpis
   

Trzęsienie ziemi i w następstwie tego tsunami, które do dziś pochłonęło już setki tysięcy ofiar, a wiele tysięcy istnień ludzkich wciąż uważa się za zaginione, jest największą tragedią od blisko 140 lat jakie nawiedziło kraj Kwitnącej Wiśni od czasów zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimie i Nagasaki. Obecnie cały świat, który spieszy z pomocą Japończykom zadaje sobie jednocześnie pytanie, czy trzecia gospodarka świata (japońskie PKB wyniosło na koniec 2010 roku 5,474 bln dolarów), będzie na tyle silna, aby w miarę szybko podnieść się z tej tragedii. Pierwsze szacunki zakładają, że na odbudowę kraju będzie potrzeba minimum 170 mld dolarów amerykańskich, co prawdopodobnie wpłynie na zmniejszenie japońskiego produktu krajowego brutto o jeden punkt procentowy. Czy w związku z piątkowymi wydarzeniami, w najbliższych miesiącach czeka nas teraz ponowne trzęsienie ziemi tym razem na globalnych rynkach finansowych?

Czas na odbudowę kraju i powrót….recesji?

Z powodu położenia geograficznego, trzęsienia ziemi w Japonii są na porządku dziennym (oczywiście nie w takiej skali jak ostatnie) aczkolwiek, rząd w Tokio, naukowcy oraz przemysł od zawsze pracują nad tym, aby straty związane z tego typu kataklizmami były jak najmniejsze poprzez chociażby rygorystyczne standardy budownictwa czy dalekosiężne planowanie. Warto tutaj wspomnieć, że Japonia to zarazem jeden z najważniejszych eksporterów m.in. samochodów, sprzętu elektronicznego, elektroniki, więc takie wydarzenia w tamtej części świata mają zawsze bardzo istotny wpływ na resztę globu.

Nie podlega jednak dyskusji, że japońską gospodarkę mimo wszelkich zabezpieczeń czekają do poniesienia kolosalne koszty i co się z tym bezpośrednio wiąże, będziemy mieć do czynienia ze spowolnieniem koniunktury. Wiadomo, że znaczna cześć kosztów zostanie pokryta przez rząd i ubezpieczycieli, co w opinii wielu ekspertów może grozić długotrwałym spowolnieniem gospodarczym, ponieważ proszę pamiętać o tym, że w przypadku Japonii, jednego z najbardziej zadłużonych krajów na świecie, kolejne zadłużanie się (dług publiczny wynosi blisko 217 proc. PKB) będzie prowadziło do bardzo poważnych cięć budżetowych, mając swoje realne odbicie w gospodarce. Ubiegły rok, gospodarka kraju Kwitnącej Wiśni zakończyła na fali wznoszącej przy wzroście produktu krajowego brutto o 3,9 proc. PKB, po spadku o 6,3 proc. PKB na koniec 2009 roku. Chociaż należy tutaj zaznaczyć, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy oszacował tegoroczny wzrost japońskiego PKB jedynie o 1,3 proc. i 1,7 proc. w 2012 roku, z powodu przede wszystkim zbyt słabego poziomu popytu wewnętrznego, będącego jednym z głównych problemów Japonii przez co między innymi gospodarka zaczęła się ponownie kurczyć. Jednak paradoksalnie, gdy z jednej strony mamy do czynienia z wielką tragedia w ujęciu ludzkim, gdzie zgniło tysiące ludzi, z drugiej jednak strony mówiąc wręcz nieprzyzwoicie, te wydarzenia mogą być początkiem przyspieszenia gospodarczego przynosząc odrodzenie również i w konsumpcji wewnętrznej. Tutaj akurat nie ma się czemu dziwić oglądając relacje telewizyjne, gdzie fale tsunami zmiotły wręcz z powierzchni ziemi wielkie połacie miast (zniszczeniu uległy chociażby porty w wschodniej części wybrzeża wyspy Honsiu, elektrownie atomowe czy spłonęła prawie doszczętnie rafineria ropy naftowej), zabierając ludziom całe dobytki życia, z domami i mieszkaniami na czele.

Region, gdzie odnotowano największe zniszczenia jest też zarazem miejscem uprzemysłowionym (epicentrum trzęsienia ziemi znajdowało się w okolicy miasta Sendai, 300 km na północny – wschód od stolicy Japonii), w związku z tym, zostały wstrzymane produkcje w takich zakładach jak Toyota, Honda czy Sony. W innych częściach kraju sytuacja nie wygląda o wiele lepiej, gdyż wielu ważnych producentów również zamknęło swoje przedsiębiorstwa czy to w geście poparcia i jedności z poszkodowanymi, czy ze wglądu na zapowiadane ograniczenia w dostawie prądu. Już pojawiły się apele skierowane przez rząd do mieszkańców aby zaczęli oszczędzać energie elektryczną, ponieważ przy czarnych scenariuszach, praca reaktora w elektrowni atomowej Fukushima może zostać wstrzymana na blisko rok. A jeżeli dodamy do tego, że z podobną sytuacją możemy mieć do czynienia w innych reaktorach, to japońska gospodarka boleśnie to odczuje zwłaszcza w przypadku spadku możliwości produkcyjnych w tamtejszych fabrykach.Jeżeli zapowiedzi z brakiem prądu się nie spełnią w takim scenariuszu, to moim zdaniem w dłuższym okresie należy oczekiwać, że takie sektory jak m.in. budowlany, motoryzacyjny, elektroniczny będą przeżywały wręcz istny boom przekładający się na wzrost czynnika konsumpcji wewnętrznej. W związku z tym uważam, że jest to najlepszy momentem na zakup akcji spółek właśnie z sektora budowlanego czy motoryzacyjnego, w momencie kiedy większość inwestorów się ich pozbywa. 

Agencje raitingowe nie wierzą w zapewnienia Banku Japonii

Pierwszą instytucją, która ruszyła na ratunek gospodarce jest sam Bank Japonii, który dokonał największej operacji finansowej w swojej historii w celu zabezpieczania głównie waluty i przeciwdziałając wszelkim spekulacją, rzucając na rynek blisko 183  mld dolarów, co stanowi 15 bln jenów japońskich. Najważniejszym priorytetem jest zapewnienie odpowiedniej płynności bankom komercyjnym, szczególnie w miejscach dotkniętych katastrofą, gdyby nagle tamtejsza ludność zdecydowała się na wypłaty swoich oszczędności z banków. Kolejnym ważnym celem Banku jest wysłanie sygnału na rynki kapitałowe, że nie dopuści do chaosu, który mógłby poważnie zaszkodzić gospodarce, chociażby poprzez spekulacje na jenie zagrażając w ten sposób zaufaniu handlowemu. Są równocześnie zapewnienia, że jeżeli będzie wymagała tego sytuacja, może nastąpić dalsze łagodzenie polityki monetarnej, chociaż warto tu zaznaczyć, że i tak już chyba bardziej nie da się jej poluzować, ponieważ stopy procentowe są na zerowym poziomie (dlatego moim zdaniem nie ma co liczyć na łagodzenie polityki nawet w przypadku aprecjacji waluty i spadków na japońskim parkiecie). Również nadzorująca japoński rynek papierów wartościowych rządowa Agencja Usług Finansowych poinformowała, że na bieżąco będzie śledziła wydarzenia na giełdzie tokijskiej, żeby przeciwdziałać wszelkim podejrzliwym transakcjom.

Zapewnienia rządu i Banku Japonii widocznie nie na wszystkich zrobiły wrażenie, ponieważ mamy już pierwsze obniżenie ratingu dla Japonii z Aa2 ze stabilnej na negatywną dokonanej przez Moody`s Investor Service. Jak można wyczytać w uzasadnieniu tej decyzji, istnieją obawy, że obecna sytuacja kryzysowa spowoduje, że nie będzie możliwości redukcji wysokiego deficytu budżetowego w przyszłości, a należy się liczyć bardziej z wzrostem zadłużenia kraju. Moody`s podkreślił również, że oprócz problemów związanych z obecnymi wydarzeniami, dużym problemem w powrocie do normalności budżetowej (pierwotny plan zakładał zrównoważenie budżetu do 2020 roku) będzie zbyt niski wzrost produktu krajowego brutto (jedynie o 1-2 proc. do 2020 roku) oraz…starzejące się społeczeństwo, przez co z każdym rokiem rośnie poziom wypłat emerytur z kasy publicznej.  

Obniżeniu raitingu poniekąd nie ma się co dziwić, skoro są przygotowywane już przez rząd japoński pakiety pomocowe z budżetu państwa dla najbardziej zniszczonych terenów. Największe nakłady finansowe zostaną przeznaczone na region Tohoku (wytwarza około 8 proc. PKB), na terenie którego znajdują się wspomniane wcześniej przeze mnie zakłady m.in. Toyoty, Hondy czy Sony oraz występuje mocno rozbudowany teren infrastruktury energetycznej, z elektrowniami atomowymi na czele. W związku z tym należy oczekiwać, że rządowa pomoc zostanie negatywnie odebrana na rynku obligacji, co źle rokuje na przyszłe próby zaciągnięcia przez rząd w Tokio nowych zobowiązań. Chociaż jak można zauważyć, nie ma na chwile obecną wielkiej paniki pośród posiadaczy dłużnych papierów, co może być odbierane, że inwestorzy nie widzą znaczących długoterminowych przeszkód w polityce finansowej tego kraju. Po pierwszych informacjach o piątkowej tragedii, rentowność obligacji z terminem zapadalności w 2021 roku była na poziomie 1,27 proc., co jest wynikiem stosunkowo dobrym, kiedy porównamy do średniej 1,39 proc. dla ostatnich 10 lat.  Aczkolwiek, ponad 90 proc. długu jest w posiadaniu inwestorów krajowych więc może mamy w tym momencie do czynienia z lokalnym patriotyzmem i krajowymi wydarzeniami, chociaż nie chce mi się wierzyć, że w dłuższej perspektywie, kiedy potrzeby pożyczkowe rządu będą rosły, poziom rentowności obligacji będzie na podobnym poziomie.  

Okres niepewności na rynkach akcji

Piątkowa sesja na europejskich pakietach zakończyła się pod kreską, wiele indeksów traciło po blisko jeden punkt procentowy, a prym w spadkach wiodły akcje ubezpieczycieli, gdyż według wstępnych prognoz, wypłaty ubezpieczeniowe dla ofiar trzęsienia ziemi sięgną minimum 60 mld dolarów. Jednakże na wtorkowym zamknięciu główny indeks w Tokio spadł już o 10 proc. (na poniedziałkowym zamknięciu giełdy tokijskiej, indeks Nikkei 225 spadł na zamknięciu o 6,18 proc.) ze względu na wybuch w elektrowni Fukushima w reaktorze numer dwa i pożaru w reaktorze numer cztery, przez co nastąpił wzrost promieniowania zagrażający ludzkiemu zdrowiu. Obawy przez nuklearnym zagrożeniem spowodowały panikę na tokijskim parkiecie co poskutkowało wyprzedażą akcji zarówno przez inwestorów krajowych jak i zagranicznych.  

Ogólnie rzecz ujmując, trend spadkowy na światowych giełdach, w tym na tokijskim parkiecie, był już od dłuższego czasu ze względu chociażby wcześniejsze zawirowania polityczne w Afryce Północnej czy niepokoje związane z problemami fiskalnymi w wielu krajach Strefy Euro. Piątkowe wydarzenia tylko przyspieszyły dalsza korektę szczególnie na rynku japońskim, na którym ze spadkami mięliśmy do czynienia od zeszłego miesiąca i w najbliższych dniach nie przewiduje odbicia. Jak sytuacja będzie się rozwijała w średnim horyzoncie czasowym to ciężko jednoznacznie teraz określić, ponieważ kiedy przeanalizujemy sobie katastrofy jakie dotknęły różne części świata w ostatnich latach, to bywało z tym różnie. Po ostatnim trzęsieniu ziemi w Kobe w 1995 roku, po kilku dniach od tego wydarzenia indeks Nikkei 225 mocno się odbił po spadku w dniu katastrofy o 5,6 proc., natomiast za Oceanem i na Starym Kontynencie nie odczuło się żadnych znaczących ruchów na parkietach. Z trochę odwrotna sytuacją miesiliśmy natomiast do czynienia np. po tsunami na Oceanie Indyjskim na koniec 2004 roku, bądź z wydarzeniami związanymi z pyłem wulkanicznym w Islandii, gdzie na światowych parkietach dało się odczuć niewielką przecenę w ciągu kilkunastu dni od dnia tych obu katastrof.

Pierwszymi spółkami jakie notują spadki swoich akcji to bez wątpienia sektor ubezpieczeniowy, który poniesie na pewno olbrzymie straty, czego doświadczymy już na wynikach za I kwartał 2011 – proszę pamiętać o tym, że w międzyczasie była wielka powódź w Australii czy niedawne trzęsienie ziemi w Nowej Zelandii, co również odczuwają spółki ubezpieczeniowe na własnej skórze.  Kolejne spółki to m.in. Tokyo Electric Power, właściciel elektrowni Fukushima, który na wtorkowym zamknięciu stracił 25 proc, spółka Hitachi, która jest jednym z głównych dostarczycieli infrastruktury dla elektrowni jądrowych straciła 15 proc., a z kolei największy deweloper Japonii, spółka Mitsui Fudosan wartość akcji spadła o 16 procent, co w tym przypadku jest trochę zaskoczeniem, gdyż w momentach tego typu katastrof to właśnie sektor budowlany może liczyć na olbrzymie zyski przy odbudowie miast i miasteczek w przyszłości. Dlatego też, moim zdaniem w dłuższej perspektywie należy liczyć się z znaczącym odbiciem, gdyż niskie ceny akcji przy wzrostach przychodów spółek które najbardziej odczuły trzęsienie ziemi sprawi, że w pewnym momencie zaczną odbudowywać swoje zapasy stając się łakomym kąskiem dla inwestorów z całego świata, a bez wątpienia prym będzie wiódł tutaj sektor budowlany, energetyczny i motoryzacyjny.W najbliższych tygodniach należy się również liczyć z umacnianiem jena do najważniejszych walut, ponieważ w tak bolesnych momentach, następuje wymiana oszczędności zagranicznych na walutę kraju dotkniętego tragedią, co bezpośrednio przekłada się na popyt na tą walutę mając do czynienia ze wzrostem jej wartości.

Niewielki efekt japońskiego tsunami w Polsce

Pierwsze efekty skutków tsunami widać już na rynkach walutowych, w tym również na polskim, gdzie mamy do czynienia z aprecjacją jena japońskiego w stosunku do złotówki i w najbliższych tygodniach nie liczę na odwrócenie trendu, ponieważ prognozuje że po pierwsze nastąpi ponownie szybki powrót kapitału zagranicznego na tokijski parkiet w niedługim czasie, a po drugie, należy liczyć się również z tym, że takie koncerny jak Toyota, Sony czy Honda będą transferowały zyski ze swoich spółek córek rozrzuconych na całym świecie do spółki matki w Japonii w celu odbudowy zniszczonych fabryk i zapasów, przez co będzie wzmożony popyt na japońską walutę. Według ostatnich informacji z Japońskiej Organizacji Handlu Zagranicznego w Polsce działa blisko 244 firm z kapitałem japońskim, pośród których są takie potęgi jak właśnie Toyota, Bridgestone czy Sumitomo Electric. W związku z tym występują obawy, że może zostać wstrzymana produkcja w Japonii, a w Polsce spółki córki tych koncernów odczują problemy związane z opóźnieniem lub wręcz brakiem komponentów dostarczanych z Azji. Jednak póki co, stan zapasów jest na odpowiednim poziomie i na najbliższe tygodnie stan zapasów jest wystarczający, aczkolwiek jeżeli niepewna sytuacja na rynku japońskim w związku z kolejnymi trzęsieniami ziemi i problemami w elektrowniach atomowych będzie się przedłużać, to wystąpią problemy w produkcji np. samochodów Toyota w zakładach w Wałbrzychu i Jelczu – Laskowicach. Mimo tego, dobrą wiadomością jest natomiast to, że nie są zagrożone kolejne inwestycje bezpośrednie na naszym rynku, ponieważ Europa to dla japończyków strategiczny partner i według ich zapewnień, firmy z kraju Kwitnącej Wiśni nie zamroziły swoich planów inwestycyjnych i dalej chcą w Polsce inwestować. Wymiana handlowa, głównie w sektorze motoryzacyjnym, sprzętu elektronicznego, maszyn i urządzeń mechanicznych, artykułów chemicznych między naszymi krajami w 2010 roku wyniosła 2,8 mld dolarów i należy prognozować jej wzrost w kolejnych latach. Jednakże w skali marko, obroty handlowe pomiędzy naszymi krajami są wciąż na tyle małe aby mogły w jakiś znaczący sposób wywrzeć wpływ na naszą gospodarkę, dlatego też, pod tym względem Polska nie powinna bać się o skutki japońskiej tragedii, na razie....

Informacje przedstawione na stronach serwisu są prywatnymi opiniami autora i nie stanowią rekomendacji inwestycyjnych w rozumieniu Rozporządzenia Ministra Finansów z dnia 19 października 2005 roku w sprawie informacji stanowiących rekomendacje dotyczące instrumentów finansowych, ich emitentów lub wystawców (Dz. U. z 2005 roku, Nr 206, poz. 1715).

Pierwotnie tekst został opublikowany na stronie http://www.mojeopinie.pl

Komentarze (1)
Jak rewolucja egipska wpłynie na światową gospodarkę
 Oceń wpis
   

Po upadku prezydenta Tunezji, obecnie jesteśmy świadkami większej rewolucji jaka odbywa się tym razem na ulicach Egiptu. O ile wydarzenia w Tunisie przeszły w miarę szybko i bez „większego” rozgłosu, to były jednak zalążkiem tego, co teraz dzieje się w kraju Faraonów, a co może być bardziej niebezpieczne, przeleje się na inne kraje regionu. To wszystko powoduje, że tak w ostatnim czasie odbębniony koniec światowego kryzysu finansowego, ponownie stoi pod dużym znakiem zapytania, jeżeli rewolucja w północnej Afryce przeleje się dalej np. na Jordanie, Syrie czy Jemen i szybko się nie skończy. Strach przed destabilizacją egipskiego państwa jest odczuwalny zarówno na rynku ropy, jak i na światowych rynkach finansowych, gdzie na pierwszy ogień idą europejskie banki, które mają ulokowane w tamtejszym systemie finansowym miliardy euro, jak również w całej branży turystycznej.

O co chodzi Egipcjanom? Co z gospodarką egipską?

Od blisko tygodnia, we wszystkich mediach zarówno polskich jak i zagranicznych widzimy jak setki tysięcy ludzi oblega ulice najważniejszych miast Egiptu, protestując i tocząc bitwę z policją. Główną i najważniejszą przyczyną, dlaczego w ogóle do tego doszło, to pośrednio przykład z wcześniejszych wydarzeń z Tunezji, gdzie społeczeństwo wystąpiło przeciwko swojemu prezydentowi doprowadzając Go do abdykacji i ucieczki z kraju do Arabii Saudyjskiej, ze względu na fatalną sytuację gospodarczą. Podobnie ma się rzecz w kraju Piramid i Faraonów, gdzie żąda się natychmiastowego ustąpienia długoletniego prezydenta Hosni Mubaraka, który według „ulicy” jest głównym winowajcą złej sytuacji materialnej i braku jakichkolwiek perspektyw życiowych dla obywateli, z olbrzymim poziomem bezrobocia w szczególności wśród młodych ludzi. Egipcjanie podążając za sukcesem przemian w Tunezji, nie koniecznie mogą wpłynąć na pozytywne zmiany patrząc od strony Zachodu. Już pojawiają się głosy, że zmiana sceny politycznej zarówno w Egipcie jak i innych krajach arabskich, mogą znacząco wpłynąć na sytuację polityczną i gospodarczą na całym świecie. Z punktu widzenia politycznego, Egipt jest największym państwem arabskim mającym kluczowe znaczenie dla celów amerykańskiej polityki zagranicznej na Bliskim Wschodzie, chociażby pod względem powstrzymywania rozszerzania się wpływów Iranu i jego podejrzewanych ambicji nuklearnych oraz zwalczania terroryzmu. Najłagodniejszy obecnie scenariusz to przejęcie władzy przez siły odpowiadające się za systemem demokratycznym, natomiast w przypadku najgorszym – czego boją się szczególnie USA i Izrael – to przejęcie władzy przez ugrupowania fundamentalistyczne (np. islamistyczne Bractwo Muzułmańskie, które nie uznaje porozumień pokojowych z Camp David i Izraela) i wybuch konfliktu zbrojnego w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzi. Jeżeli w międzyczasie dodamy do tego zawirowania na rynku ropy oraz okres niepewności związany z sytuacją geopolityczną w tamtym regionie, to o długotrwałym odrodzeniu gospodarczym np. w Stanach Zjednoczonych i Unii Europejskiej możemy zapomnieć.

Negatywne skutki poniesie również sam Egipt, dla którego już prognozuje się spadek inwestycji w najbliższych dwóch kwartałach, w tym inwestycji rządu w infrastrukturę, inwestycji zagranicznych i prywatnych, co bezpośrednio wpłynie na spadek egipskiego PKB. Pierwsze analizy zakładają obniżenie się produktu krajowego brutto za rok 2010-11 dla Egiptu do 5,0 proc z 5,8 proc. w ujęciu rocznym (moim zdaniem scenariusz nazbyt optymistyczny). W zeszłym roku finansowym, zakończonym w czerwcu 2010 r. (rok finansowy w Egipcie kończy się 30 czerwca), egipski deficyt budżetowy sięgnął 8,1 proc. PKB. Z kolei rząd planował, że w bieżącym roku wyniesie 7,9 proc., do 2014 – 2015 stopniowo zejdzie do poziomu 3 – 3,5 proc., co wydaje się mało wiarygodne. Nie chce już wspominać o tym, co się będzie działo z egipską turystyką (główną gałęzią gospodarki przynoszącą olbrzymi dochód) i najważniejszymi kurortami turystycznymi, jeżeli rewolucja ludowa będzie ciągła się miesiącami, a do władzy dojdą ugrupowania nie przychylne demokracji – wtedy będzie prawdziwy kataklizm. Kolejny problem to odpływ kapitału i ucieczka inwestorów. Egipt ma wprawdzie wystarczające rezerwy walutowe i nie musi się zadłużać, ale jeśli protesty będą trwały tygodnie czy miesiące, zaczną one niebezpiecznie topnieć. Według nieoficjalnych szacunków w zeszłym tygodniu na zagranicznych kontach transferowanych było co najmniej 500 milionów dolarów dziennie. Jeśli takie tempo się utrzyma, w ciągu miesiąca Egipt straci jedną czwartą swoich rezerw walutowych. Zakłada się jednocześnie, że nawet przy najbardziej optymistycznym scenariuszu turyści będą wracać do Egiptu stopniowo, przez co należy się liczyć z pogłębieniem ujemnego salda rachunku obrotów bieżących do 2,8 proc. produktu krajowego brutto w obecnym roku finansowym z 1,5 proc. na przestrzeni 2009-2010 roku.

Pierwsze ofiary egipskiego kryzysu ?

Jednymi z pierwszych, którzy mogą boleśnie odczuć zawirowania w Egipcie jest sektor bankowy, który zainwestował w egipskie banki miliardy euro. Prym wiodą tutaj banki francuskie, które ulokowały blisko 17,6 mld dolarów, co stanowi około 1/3 pożyczek udzielonych temu krajowi przez banki zagraniczne, wynoszących w sumie 49 mld dolarów amerykańskich. Z całej tej łącznej kwoty, 40 mld dol. pożyczek dla Egiptu przypada na banki europejskie. Kolejne miejsca po Francji wśród pożyczkodawców zajmują banki Wielkiej Brytanii 10,7 mld dol., Włoch 6,3 mld dol., USA 5,4 mld dol. i Niemiec 2,5 mld dolarów. Najmniej pożyczyły Egiptowi banki hiszpańskie bo zaledwie 232 mln dol. Suma pożyczek dla Egiptu jest znacznie wyższa niż dla Tunezji, której banki z zagranicy pożyczyły 7,5 mld dol., z czego 6,8 mld przypada na banki europejskie. Zarówno kairski bank centralny, jak i banki komercyjne próbują uspokoić inwestorów, twierdząc, że kondycja egipskiego sektora finansowego jest dobra, a pożyczkodawcy dysponują wystarczająco dużymi rezerwami. Zawirowania na egipskiej giełdzie i w tamtejszych bankach komercyjnych uderzają też bezpośrednio w potrzeby pożyczkowe rządu. Ze względu na rewolucje, zostały odwołane wszystkie aukcje jakie zostały przewidziane w najbliższym czasie, z których planowano zebrać w tym na aukcjach długu 4 mld funtów egipskich. Z kolei rentowność egipskich obligacji dziesięcioletnich skoczyła w ostatnich dniach o 38 pkt bazowych, do 6,97 proc.

W związku z tym jedną z pierwszych ofiar stał się sam…Egipt, któremu długo nie czekając, agencje ratingowe Moody`s i Standard & Poor’s obniżyły ratingi odpowiednio o jeden punkt do poziomu Ba2 (z Ba1) i BB. Z kolei Agencja Fitch również zmieniła perspektywę ratingu Egiptu ze stabilnej na negatywną. A to oznacza, że już teraz ten kraj będzie musiał zaoferować inwestorom wyższe oprocentowanie swoich obligacji, żeby móc pozyskać finansowanie z zewnątrz. Swoją decyzje Moody's argumentuje tym, że obecny prezydent będzie próbował utrzymać się u władzy, zwiększając wydatki na cele socjalne. Jednakże, również jego potencjalni następcy chcąc uzyskać poparcie, też nie będą mogli z nich zrezygnować. Moody’swyjaśnił to rosnącą obawą, że władze będą próbować kupić sobie spokój, zwiększając wydatki na cele społeczne, co jeszcze bardziej osłabi stan finansów państwa, który i tak jest nie najlepszy, przez co istnieje duże prawdopodobieństwo, że polityka fiskalna zostanie poluzowana w ramach rządowych prób uspokojenia niezadowolenia. Zważywszy, że około połowa rządowych wydatków idzie na pensje i subsydia, jest oczywiste ryzyko, że finanse publiczne mogą się znacząco załamać. Dług publiczny Egiptu był w zeszłym roku zbliżony do 80 proc. PKB, a już w bieżącym roku musi spłacić 46,8 mld dol. długu. Dlatego też, w ostatnich tygodniach drożały CDS (instrumenty finansowe zabezpieczające przed bankructwem dłużnika) wszystkich państw Bliskiego Wschodu, w tym Egiptu. Koszt egipskich CDS skoczył do 436,5 pb., a od początku zeszłego tygodnia zwiększył się on aż o 45 proc. Im jest on wyższy, tym według inwestorów większe ryzyko, że dłużnik nie wywiąże się ze swoich zobowiązań.

Gwałtowny wzrost cen ropy, surowców i … żywności

Po zamieszkach w Egipcie, baryłka ropy w Europie przebiła psychologiczny poziom 100 dolarów za baryłkę, co stanowi skokowy wzrost o blisko 8 proc. od zeszłotygodniowego piątku. Zdrożała również amerykańska ropa na Wall Street, gdzie za baryłkę tego surowca było trzeba zapłacić około 92 dolary, zbliżając się do rekordu poziomu cen z przed dwóch lat.  Pomimo tego, że Egipt nie jest znaczącym eksporterem ropy naftowej (jedynie 670 tys. baryłek dziennie), to pełni funkcję strategiczną związana z dostępem do kanału Sueskiego. Obawy wynikają z faktu, że jeżeli nastąpiła by blokada żeglugi tankowców, którędy przepływa blisko 20 procent ropy zużywanej (3,5 tys. tankowców rocznie) na Starym Kontynencie i jest zarazem najkrótszą drogą łączącą dwa kontynenty – Azję i Europę – doprowadziło by to do zaburzeń w dostawach, przekładając się na ceny surowca. W obecnej sytuacji politycznej ten scenariusz wydaje się mało prawdopodobny, aczkolwiek kraje OPEC już ogłosiły, że będą wstanie szybko zapełnić ewentualne niedobory ze swoich niewykorzystanych mocy produkcyjnych, co uważam w krótkiej perspektywie doprowadzi do unormowania się cen ropy z małym spadkiem. Bardziej niż blokady kanału Sueskiego, należy obawiać się rozszerzenia wydarzeń na inne kraje regionu, a w kolejce stoi już Jordania, gdzie mieszkańcy największych miast tego kraju protestują domagając się ustąpienia jordańskiego rządu za to, że nic nie robi dla polepszenia ich życia. Oczywiście po protestach zostały w Jordanii obniżone ceny żywności, ceny podstawowych artykułów konsumpcyjnych czy benzyny, oraz podniesiono m.in. emerytury i płace urzędników, jednakże nie uspokoiło to wystąpień antyrządowych.

Na wydarzenia egipskie zareagował także rynek walutowy, powodując deprecjacje dolara amerykańskiego, szczególnie w stosunku do euro i franka szwajcarskiego. Przecena dolara to zły prognostyk niestety ale dla rynków surowców, ponieważ transakcje zawierane są na nim w walucie amerykańskiej. A im tańszy dolar, tym więcej zapłacimy za ropę czy importowaną żywność. Ze wzrostem cen żywności należy się również liczyć na wskutek gwałtownych zakupów jakie dokonują państwa arabskie, żeby uspokoić nastroje wśród społeczeństwa i zmniejszając tym samym eksport. M. in. Arabia Saudyjska postanowiła zwiększyć import pszenicy z 2 mln ton w 2010 do 3 mln ton w połowie dekady, podwajając ceny pszenicy w USA. Oprócz zbóż, na potęgę są importowane ryż i cukier, co przekłada się bezpośrednio na ceny i co świadczy o tym, że nie należy liczyć na rychły ich spadek. Proszę pamiętać również o tym, że na rynek żywności mają wpływ nie tylko obecne wydarzenia w Afryce Północnej, ale również nie tak dawne wydarzenia związane z kataklizmami chociażby na dużej połaci Australii związanej z powodziami.

Nieprzewidywalne skutki dla całego świata

Egipt bez Mubaraka to nie jest dobre rozwiązanie z perspektywy Zachodu, jeżeli jego zastępcą nie zostanie umiarkowany przywódca i nie doprowadzi do poprawy sytuacji gospodarczej, z naciskiem na stworzenie szans rozwojowych dla ludzi młodych, dając im perspektywy na dalsze życie. W przeciwnym razie, skutki ekonomiczne mogą być nie do oszacowania. Mało kto wie, ale strategiczna lokalizacja Egiptu wynika nie tylko z dostępu do kanału Sueskiego łączącego Europę z Azją, ale również przez kraj Faraonów przebiegają światłowody, które łączą wspomniane kontynenty. Dlatego też, chociażby jakiekolwiek próby „zablokowania” łączności telekomunikacyjnej i internetowej przez nowy rząd nastawiony wrogo czy to do USA czy Europy, miało by katastrofalne skutki w wymianie informacji. Już straty może zacząć liczyć szeroko pojęta branża turystyczna, z liniami lotniczymi na czele, a przedłużający się kryzys w regionie będzie tylko powodował, że należy się liczyć z bankructwami wielu biur podróży i kooperantów, co z kolei przełoży się na rynki pracy. W sytuacji kiedy światowa gospodarka dopiero co wychodzi z poważnej recesji, każde obecnie zawirowanie będzie odczuwalne z zdwojoną siłą, niż miałoby to miejsce jeszcze przed kryzysem globalnym. 

Pierwotnie tekst został opublikowany na stronie http://www.mojeopinie.pl

Komentarze (0)
Rezerwa Federalna uruchamia maszyny drukarskie
 Oceń wpis
   

Zeszłotygodniowa wiadomość o przystąpieniu przez amerykańską Rezerwe Federalną do wykupienia obligacji skarbowych wartych 600 mld dolarów (w ramach programu „nowej rundy ilościowego rozluźnienia polityki monetarnej, tzw. quantitative easing QE”) wywołała istną euforie na światowych rynkach kapitałowych, giełdy od Tokio po Nowy York i Londyn kończyły sesje grubo ponad kreską. I to jest w tym wszystkim najbardziej zastanawiające – o decyzji Fed było wiadomo już od jakiegoś czasu, ale co najważniejsze, dlaczego rynki zareagowały tak pozytywnie, jeżeli de facto jest to tworzenie nowego pieniądza na rynku przez bank centralny. Tłumaczenia, że na Wall Street popłynie nowy kapitał oraz, że zastrzyk gotówki pozwoli dodać sił słabnącej gospodarce USA, nie jest dla mnie wystarczającym argumentem, a wręcz przeciwnie – krótkowzrocznością Stanów Zjednoczonych i drogą na skróty.

Giełdy w euforii

Kiedy było już wiadomo, że Fed uruchomi program skupu aktywów opiewających na kwotę 600 mld dolarów i reinwestycji zysków z zapadających papierów dłużnych o wartości blisko 250-300 mld dolarów, w pierwszej chwili nie było wiadomo, w jakim kierunku podążą inwestorzy. Było to głównie przyczyną tego, że według graczy giełdowych za Oceanem kwota na jaką opiewa program QE jest stosunkowo umiarkowany i tym samym… decyzja Fed rozczarowała !!!, Indeks Dow Jones wzrósł jedynie o 0,24 proc., S&P 500 o 0,37 proc., a technologiczny Nasdaq zyskał 0,27 proc. Prawdziwy efekt zobaczyliśmy dopiero po czwartkowej sesji, kiedy to amerykańskie indeksy wyniosły odpowiednio: S&P 500 (+1,93%), DJIA (+1,96%) oraz Nasdaq Composite (+1,46%) i były to najwyższe poziomy od ponad roku. Znacznie żywiołowo zareagowały giełdy azjatyckie, gdzie najważniejsze giełdy regionu zanotowały solidne plusy - Tokijski indeks Nikkei 225 wzrósł o 2,17 proc, Indeks Hang Seng w Hong Kongu zyskał z kolei 1,62 proc. Na rynku walutowym obserwowaliśmy praktycznie naturalną reakcję po decyzji o dalszym luzowaniu polityki pieniężnej w USA. Indeks MSCI Emerging Markets zwyżkował zaś o około 16 proc. i sięgnął w zeszłą środę najwyższego poziomu od czerwca 2008 r.

Napływ tak znaczącej kwoty na rynek odczują również w dłuższej perspektywie rynki wschodzące i rynki surowców, co jest podyktowane tym, że instytucje finansowe będące w posiadaniu znacznej części pieniędzy z programu QE z pewnością zaczną lokować je w aktywa o większym ryzyku, czego już jesteśmy świadkami. Surowcowy indeks S&P GSCI wzrósł w ciągu jednego dnia do poziomów nieobserwowanych od października 2008 roku. Srebro po wzroście o ponad 6% przekroczyło poziom 26 dolarów za uncję, ostatni raz notowane było na tych poziomach w roku 1980. Notowani ropy w zeszłym tygodniu przekroczyły wartość 86 dolarów za baryłkę, utrzymując się nadal w średnioterminowym trendzie wzrostowym. Biorąc pod uwagę taniejącego dolara, który uatrakcyjnia denominowane w amerykańskiej walucie ceny surowców, większą ilość kapitału spekulacyjnego na rynku oraz rosnące obawy państw z grupy OPEC niepokojących się o rentowność produkcji surowca przy obecnych cenach i uwarunkowaniach rynkowych widać, że notowania ropy naftowej wciąż mają potencjał do dalszej zwyżki. Na ścieżkę trendu wzrostowego powróciło również złoto, gdzie kurs złota nieznacznie pokonał ustanowione ostatnio historyczne szczyty, zbliżając się do poziomu 1400 dolarów za uncję.

Krytyka FED przez inne państwa

Jak można było przypuszczać, decyzja Rezerwy Federalnej spotkała się z ostrym oburzeniem innych krajów, a w szczególności Niemiec i Chin. Niemiecki minister finansów oskarżył Fed, że dodrukowanie takiej sumy pieniędzy nie poprawi sytuacji w gospodarce amerykańskiej, za to wprowadzi problemy w innych państwach. Poza tym, według słów ministra, Amerykanie złamali wcześniej wypracowane uzgodnienia podjęte przez główne gospodarki światowe G20, czyli nie ma zgody na rozwiązywanie problemów za pomocą nowego długu. Zdecydowana krytyka Niemiec mnie nie dziwi, gdyż proszę pamiętać o tym, że gospodarka niemiecka opiera się w głównej mierze na eksporcie swoich towarów, a polityka QE prowadzi na ich nieszczęście do znaczącej aprecjacji euro w stosunku do amerykańskiego dolara, wyhamowując w ten sposób wzrost niemieckiego PKB. Krytyki Fed dopuścił się również brytyjski minister finansów Guido Mantega stwierdzając, że aby Stany Zjednoczone mogły wyjść z kryzysu to muszą skoordynować politykę fiskalną, a nie mogą „rozrzucać dolarów z helikoptera”.

Do grona przeciwników Rezerwy Federalnej dołączyły Chiny (notabene krytykowani niedawno przez USA za utrzymywanie kursu sztywnego juana w stosunku do dolara), które żądają wyjaśnień i jednoczenie obarczając USA o manipulacje kursem waluty narodowej. W przypadku Chin jak i również innych państw rozwijających się jest też dodatkowo obawa, że napływ kapitału spekulacyjnego do tych krajów spowoduje przyspieszenie inflacji oraz narastanie baniek spekulacyjnych. Już m.in. urząd nadzoru finansowego Hong Kongu ostrzegł, że ceny nieruchomości w tym mieście mogą pójść w górę. Chińczycy są zdania, że USA zachowują się zdecydowanie nieodpowiedzialnie, zważywszy na to, że Ameryka jest głównym emitentem waluty rezerwowej świata i każde próby wpompowania w gospodarkę nowych pieniędzy grozi wybuchem kolejnego kryzysu w światowej gospodarce. W sumie nie ma się co dziwić oburzeniu Chin, ponieważ razem z Japonią są głównymi dostawcami kapitału za Ocean w zamian za amerykańskie papiery skarbowe.

Wiele rządów azjatyckich stwierdziło, że pakiet stymulacji monetarnej wdrożony przez Fed grozi eskalacją napływu kapitału do regionu. Paradoksalnie, Międzynarodowy Fundusz Walutowy wezwał w październiku kraje ze strefy Azji i Pacyfiku do wycofania się ze stymulacji swoich gospodarek, aby nie dopuścić do presji na ceny aktywów. Doszło już bowiem do sytuacji, że tamtejsze gospodarki przyciągnęły kapitał z powodu niskich stóp w Stanach Zjednoczonych i pozostałych krajach uprzemysłowionych.Na temat ilościowego luzowania polityki pieniężnej w USA wypowiedział się również prezes Europejskiego Banku Centralnego, który stwierdził, że nie ma sygnałów świadczących o tym, że Amerykanie prowadzą politykę, której zamiarem jest osłabienie ich waluty – przyznam szczerze, że dla mnie jest to bardzo dziwne myślenie.Jednoczenie prezes EBC stwierdził, że nie ma póki co żadnych planów odnośnie podwyżki stóp procentowych, ponieważ inflacja będzie umiarkowana, a tempo wzrostu gospodarczego pozostaje zadawalające, chociaż ogłaszanie końca kryzysu po niedawnych oznakach poprawy w strefie euro jest jeszcze przedwczesne.

Dlaczego dodrukowuje się pieniądze?

Drukowanie pieniędzy w samym w sobie nie jest niczym złym – pieniądze są nam potrzebne do życia, a przedsiębiorstwom do funkcjonowania. Ogólna idea jest taka, że jeżeli wzrasta produkt krajowy brutto, to bank centralny dodrukowuje pieniądze dbając o to, żeby dostateczna ich ilość znajdowała się w gospodarce. Im gospodarka bardziej się rozwija, im więcej produkuje się towarów, tym większe jest zapotrzebowanie na pieniądz. Jeżeli na rynku brakuje gotówki, to nabywcy nie mogą kupić, a przedsiębiorcy nie są wstanie sprzedać swoich towarów, wtedy mamy do czynienia z deflacją, co w dłuższej perspektywie przekłada się na spadek produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej i powoduje wzrost liczby ludzi pozostających bez pracy. Z drugiej strony, jeżeli w gospodarce mamy nadmiar pieniędzy, wtedy kupujących jest więcej niż sprzedających, co według teorii ekonomii przewaga popytu nad podażą winduje ceny do góry czyli mamy do czynienia z inflacją. Wzrost inflacji pociąga za sobą przede wszystkim presje pracowników na wzrost wynagrodzeń, co przekłada się z kolei na wzrost kosztów produkcji w przedsiębiorstwach, a to powoduje dalszy wzrost cen. Cały szkopuł polega na tym, żeby nie doszło do sytuacji, że dodrukowanie pieniędzy (jakie ma teraz ma miejsce w przypadku Fed) spowodowało, że na rynku będzie więcej pustej gotówki, a jednocześnie nie towarzyszy temu wzrost ilości wyprodukowanego towaru. Obecnych czasach problemem jest też to, że banki centralne drukując pusty pieniądz pożyczając go na bardzo niskim procencie (prawie zerowym) bankom komercyjnym, które straciły jednak ochotę na udzielanie kredytów i dalszym wpompowaniem tych pieniędzy w gospodarkę. To powoduje, że firmy nie mają dostępu do kapitału (bardzo taniego) przez co nie mogą się rozwijać i prowadzić inwestycji, co jest prostą drogą do spadku koniunktury. Banki centralne wielu krajów drukują obecnie pieniądz, który pozostaje w systemie bankowym, a nie trafia do gospodarki, przez to nie pojawia się inflacja. Jednakże banki narodowe nie widzą innego wyjścia walki z spowolnieniem gospodarczym jak tylko kontynuując politykę druku pieniądza, wiedząc o tym, że w dłuższym okresie rynek zaleje masa pustej gotówki i nastąpi zdecydowany wzrost cen.

Pozytywne efekty dodrukowania pieniędzy przez Fed

W opinii prezesa Rezerwy Federalnej Bena Bernanke, dodruk pieniądza jest najlepszym sposobem na pobudzenie zwalniającej gospodarki amerykańskiej. Prezes Fed przytoczył wcześniejsze gigantyczne skupy papierów (przede wszystkim dłużnych), o wartości 1,7 bln dolarów, które w jego opinii okazały się efektywnym krokiem, dlatego też liczy że podobnie będzie teraz. Gospodarka amerykańska znajduje się obecnie w słabej kondycji, dlatego decyzja Fed była długo oczekiwana. Prawda jest taka, że największa gospodarka świata nie potrafi wrócić na ścieżkę stabilnego wzrostu, gdzie według prognoz na III kw. b.r. bez pracy pozostaje rekordowa liczba ludzi 15 milionów (9,6 proc), a produkt krajowy brutto wzrósł jedynie o niecałe 2 proc. Jeżeli dodamy do tego, że ani rekordowo niski kredyt nie jest wstanie pobudzić amerykańskiej gospodarki (nie ma możliwości obniżenia stóp procentowych, ponieważ znajdują się na poziomie 0-0,25 proc), lekarstwem według Fed ma być wielki skup obligacji skarbowych za nowo wydrukowane pieniądze. Według teorii ekonomicznej, takie działanie jest do zaakceptowania przez rynek, gdyż  „wrzucenie” na rynek dodrukowanych pieniędzy grozi inflacją. Chociaż tutaj warto wspomnieć, że Amerykanie właśnie oczekują inflacji, gdyż według nich to ma pobudzić ich wzrost gospodarczy i spowodować spadek bezrobocia (krzywa Philipsa).

Moim zdaniem, działanie Fed jest odpowiedzią też poniekąd na wcześniejsze apele o uwolnienie kursu chińskiego juana w stosunku do dolara, ponieważ USA nie są wstanie konkurować z chińskimi towarami na światowych rynkach.A taki masowy dodruk pieniądza to nic innego jak deprecjacja dolara w stosunku do najważniejszych walut globalnych – euro, jena japońskiego, funta brytyjskiego i franka szwajcarskiego. Już pojawiły się oskarżenia, że Stany Zjednoczone specjalnie osłabiają swoją walutę, żeby pobudzić swój eksport i stać się jeszcze bardziej konkurencyjnym na globalnym rynku. Ogólny plan jest taki, że zacznie się skupowanie za „nowe” pieniądze od banków obligacji, które z kolei banki będą mogły przeznaczyć na akcję kredytową dla przedsiębiorstw i ludności. Dostęp do bardzo taniego kredytu spowoduje, że przedsiębiorstwa zaczną zatrudniać nowych pracowników, co pociągnie automatycznie za sobą spadek bezrobocia i wzrost konsumpcji wewnętrznej, która stanowi 2/3 amerykańskiego PKB. Skutkiem ubocznym takiego działania Fed jest to, że inwestorzy na potęgę wycofują swój kapitał lokowany w dolarach, oraz że będzie trzeba w niedługim czasie podnieć za Oceanem stopy procentowe żeby bronić się przed zbyt wysoką inflacją. A wyższe stopy procentowe to wyższy koszt dostępu do pieniądza, co w okresie powrotu USA na ścieżkę wzrostu może „dławić” gospodarkę.

Wątpliwe skutki polityki QE

Kiedy przypomnimy sobie dotychczasowe amerykańskie programy pobudzania gospodarki serwowane nam przez prezydenta Obame i wydane miliardy dolarów, to efekt ich według mnie nie był aż tak zadawalający jak wszyscy tego oczekiwali. Łącznie do tej pory bank centralny USA wpuścił już na rynek 1,7 bln dolarów, za które skupił m.in. obligacje amerykańskich banków, co świadczy o tym, że wcześniejsze drukowanie pieniędzy się nie powiodło. Wielu krytyków Fed uważa, że teraz będzie podobnie, gdyż nie jest możliwe osiągnięcie wzrostu gospodarczego poprzez wydawanie pieniędzy ponad miarę. Również w mojej opinii, takie działanie jest krótkowzroczne, ponieważ Fed w chwili obecnej lekceważy sobie skutki związane z pustym dodrukiem pieniądza czyli rosnącą inflacją. A jeżeli dodamy do tego, że w chwili obecnej ceny surowców zaczynają bić rekordy poprzez osłabianie się dolara, w dłuższej perspektywie może grozić nam kolejna bańka spekulacyjna tym razem na rynku surowcowym, która doprowadzi do kolejnego światowego kryzysu. Działania Amerykanów to nic innego jak przysłowiowa droga na skróty, gdyż dodruk pieniądza nie jest lekarstwem na rozwiązanie strukturalnych problemów amerykańskiej gospodarki m.in. z olbrzymim zadłużeniem i rekordowym bezrobociem. A nie chce mi się również wierzyć, że nagle małe i średnie amerykańskie firmy rzucą się do banków po kapitał i banki zaczną udzielać masowo kredytów, wręcz przeciwnie, mogą bowiem wciąż wstrzymywać się z inwestycjami i zatrudnieniem nowych pracowników, czekając na wyrażaną poprawę sytuacji gospodarczej. Również czy Fed jest wstanie zagwarantować, że pieniądze które trafią do banków komercyjnych, zostaną w całości przekazane na akcje kredytową dla przedsiębiorstw, czy może banki pozostawią sobie te pieniądze w formie rezerwy gotówki lub zainwestują w bezpieczne…obligacje skarbowe? Pytań jest dużo, a jedyny co na chwile obecną raczej wiadomo to to, że USA będą się zmagać w dłuższej perspektywie wzrostem cen, co spowoduje, że Fed prędzej czy później ale będzie musiał wrócić ponownie do polityki podnoszenia stóp procentowych i co będzie skutkowało aprecjacją waluty amerykańskiej. 

Pierwotnie tekst został opublikowany na stronie http://www.mojeopinie.pl

Komentarze (0)
1 | 2 | 3 | 4 |