Bruksela: 200 mld euro na ratowanie Strefy Euro
 Oceń wpis
   

Podczas unijnego spotkania 27 państw członkowskich Unii Europejskiej na początku grudnia b.r. w Brukseli, głównym i najważniejszym tematem obrad była już kolejna próba wypracowania konsensusu mającego na celu wyprowadzenie Strefy Euro z kryzysu fiskalnego. Ostatecznie, podczas 2 – dniowych obrad zawarto porozumienie międzynarodowe na mocy którego  zdeklarowano się, że poszczególni członkowie UE (jako jedyna stanowcze „NIE” przeciw nowemu traktatu powiedziała Wielka Brytania), przekażą do Międzynarodowego Funduszu Walutowego składkę w formie pożyczek od banków centralnych, opiewających łącznie ma sumę 200 mld euro. Uzbierana ten sposób kwota pieniędzy ma zostać przekazana krajom najbardziej dotkniętych kryzysem finansowym, co w zamierzeniu ma uchronić euroland przed upadkiem.

Główne idea pomocy dla Strefy Euro

Najważniejszym punktem brukselskich obrad było wypracowanie porozumienia mającego na celu przekazanie za pośrednictwem narodowych banków centralnych UE do Międzynarodowego Fundusz Walutowego określonych środków pieniędzy, mających wspomóc kraje najbardziej zadłużone. Zobligowane kraje dostały termin 10 dni licząc od dnia szczytu na znalezienie odpowiednich sum pieniędzy. Ze względu na wskutek zablokowania przez Wielką Brytanie zmiany traktatu unijnego dotyczącego wzmocnienia dyscypliny finansów publicznych, nowe zasady wdrożenia mają objąć kraje z unii walutowej plus dodatkowo chętne państwa spoza euro. Z zagwarantowanej kwoty 200 mld euro na pomoc eurolandu, większość tej sumy czyli blisko 150 mld euro ma pochodzić od krajów Strefy Euro, natomiast na pozostałą część muszą się złożyć się państwa poza unii walutowej. Krok do kreowania euro i udzielenia pożyczki do MFW jest możliwe jedynie w sytuacji, kiedy zgodę na to wyrazi Europejski Bank Centralny. Jeżeli opinia będzie pozytywna, pieniądze trafią na konto ogólnych zasobów MFW (w teorii będą dostępne dla wszystkich członków MFW) i równocześnie na instytucję tą przejdzie całe ryzyko kredytowe. Pierwsze swoje zapewnienia o wsparcie MFW wyraził już niemiecki Bundesbank, który chce na ten cel przekazać w granicach 45 – 50 mld euro. Czy jednak wypracowane porozumienie w Brukseli to sukces UE pod względem ekonomicznym? Mam dużo wątpliwości ponieważ pojawia się wiele znaków zapytania dotyczących właśnie sfery finansowej. Kwota 200 mld euro to tak naprawdę kropla w morzu potrzeb, gdyż wystarczy wspomnieć, że potrzeby finansowe tylko dwóch krajów Hiszpanii i Włoch sięgają blisko 600 mld euro na przestrzeni kolejnych dwóch lat. Nie wspominam już o dalszej pomocy dla Grecji czy Portugalii, a pierwsze symptomy zaniepokojenia fiskalnego widać np. w Belgii. Dlatego, w sukurs w walce z kryzysem finansowym w Europie mogą przyjść inne światowe gospodarki, m.in. z Japonii czy z tzw. rynków wschodzących jak Brazylia, Rosja czy Chiny, które deklarują wspomóc Międzynarodowy Fundusz Walutowy łączną kwotą blisko 200 mld euro. Kolejnym ważnym czynnikiem, który może wywoływać dużo niepewności w ostatecznym zawarciu paktu fiskalnego jest aspekt prawny, czyli w jakim stopniu jest on zgodny z prawem unijnym. Warto tutaj przypomnieć, że nie możemy mówić o nowym traktacie a jedynie umowie pomiędzy zainteresowanymi członkami, gdyż jakiekolwiek zmiany traktatowe wymagają zgody wszystkich państw unijnych. Dlatego też pojawiają się opinie, że jedynym rozwiązaniem dla wypracowanego obecnie międzynarodowego porozumienia jest zwiększenie jego znaczenia jako metody wspólnotowej oraz stworzyć takie zapisy, które będą wywierać większy wpływ na zaangażowanie krajów członkowskich na rzecz dyscypliny budżetowej. Na straży wypracowanego nowego paktu fiskalnego miałaby stać Komisja Europejska, która nadzorowałaby kraje w przestrzeganiu swoich dodatkowych zobowiązań przyjętych w umowie. W przeciwnym razie, w momencie łamania przyjętego prawa dotyczącego deficytu strukturalnego, unijny Trybunał Sprawiedliwości nakładałby automatycznie sankcje w chwili przekroczenia jego o 0,5 proc. produktu krajowego brutto.

Warszawa: polski wkład na około 6 mld euro

Według wstępnych zapowiedzi, udostępnienie środków z rezerw Narodowego Banku Polskiego Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu ma mieć formę tzw. linii kredytowej w wysokości około 6 mld euro (dane nieoficjalne), która niekoniecznie musi być wykorzystana przez MFW. O tym czy pożyczka dla najbardziej stabilnej instytucji finansowej świata zostanie udzielona zdecyduje w ostateczności NBP i rząd Donalda Tuska. Warto na wstępie nadmienić, że mówimy tutaj o ewentualnej pożyczce, która ma gwarancje MFW i zostanie zwrócona. Pojawiają się jednak głosy, że „zainwestowane” pieniądze w spłatę zobowiązań krajów Strefy Euro przepadną bezpowrotnie (albo znaczna ich cześć) i nie poprawią sytuacji finansowej tych krajów w długim terminie. Nie można się nie zgodzić z taką opinią, gdyż powiedzmy sobie szczerze, cały plan wyprowadzenia zadłużonych krajów na prostą to jeden znak zapytania i wciąż wisi nad nami widmo katastrofy ekonomicznej. W moim przekonaniu, obecne pakiety pomocowe które zostały udzielone chociażby Grecji, zostały zmarnowane i tylko oddalają w czasie widmo bankructwa tego kraju. Z drugiej zaś strony, będąc członkiem UE musimy jednak być solidarni wobec innych i szczerze powiedziawszy jest to także w naszym interesie. Bo im szybciej nastąpi „naprawa” Strefy Euro przed zbliżającymi się rozmowami o nowym rozdaniu pieniędzy z unijnego budżetu na lata 2014 – 2020, gdzie nadal jesteśmy beneficjentami, to z punktu widzenia naszego kraju jest to sytuacja bardziej korzystna. Ponadto, Polska posiada również do swojej dyspozycji linię kredytową w Międzynarodowym Funduszu Walutowym w wysokości 30 mld, która w kryzysowych czasach dla polskiej gospodarki może być wykorzystana na pokrycie swoich zobowiązań. Jak zawsze w takich sytuacjach bywa jest druga strona medalu w postaci pojawiającego się pytania czy Polskę stać na taki gest. Chwili obecnej będziemy ratować kraje wciąż bogatsze od nas, z Włochami na czele, a mało kto wie, że sami Włosi posiadają ulokowane w różnych rodzajach aktywów blisko 3 bln euro i patrząc na ich obecny dług publiczny do PKB, spokojnie byliby wstanie sami spłacić swoje zobowiązania. Najbliższe dni pokażą jednak jaki w ostateczności będzie polski wkład w ratunek unii walutowej i czy cały ten pakt fiskalny pozwoli na uratowanie euroland przed jego rozpadem.

Czy Wielka Brytania będzie jedyna?

Wydaje się, że Brytyjczycy nie pozostaną sami na placu boju sprzeciwiając się w przystąpieniu do nowego  paktu fiskalnego. Tak hucznie zapowiadana na zakończenie szczytu w Brukseli decyzja o wręcz pewnym podpisaniu przez 27 państw zawartego porozumienia, dziś wydaje się raczej niemożliwa do realizacji. Wychodzi ostatecznie na to, że wszyscy chcą są płacić mniej a niektórzy wręcz wcale. Weto Wielkiej Brytanii z punktu widzenia ekonomicznego (pod względem politycznym Cameron nie mógł wiele zdziałać) ma na celu nie tyle ochronę interesów londyńskiego City, co bardziej pokazać, że ich gospodarka była zawsze uznawana w świecie za bezpieczny port w czasach globalnych zawirowań finansowych, również w aspekcie polityki fiskalnej i walutowej. W ślad za decyzją premiera Camerona idzie m.in. Bułgaria i Czechy, które zapowiedziały, że nie będą składać się na pomoc dla bogatszych krajów Strefy Euro. Według słów bułgarskiego ministra spraw zagranicznych, jego kraj nie podjął żadnych zobowiązań o jakimkolwiek wkładzie finansowym do MFW, a decyzje wymagające ratyfikacji w ramach rozporządzeń unijnych nie podejmuje rząd a cały parlament. Na apel unijnych polityków nie przystała także Finlandia, gdyż nie może dołączyć do mechanizmu pomocowego bez głosowania i zgody w narodowym parlamencie większością dwóch trzecich głosów. Finowie już wcześniej oponowali przeciwko udzieleniu kolejnej transzy pomocy finansowej dla Grecji, ze względu na brak specjalnych zabezpieczeń ze strony tego kraju. W podobnym tonie, aczkolwiek z innych powodów wypowiedziały się Węgry i Rumunia, które nadal muszą spłacać swoje wcześniejsze pożyczki do MFW i nie będzie ich stać na taki gest finansowy w stosunku do krajów unii walutowej. Wygląda więc na to, że albo pozostałe unijne kraje będą zmuszone płacić więcej, albo ponownie będzie trzeba znaleźć nową alternatywę dla ratowania eurolandu. Na zakończenie trzeba jednak dodać, żeby nie wylać przysłowiowego „dziecka z kąpielą”, gdyż każde zaostrzenie dyscypliny finansowej może doprowadzić do jeszcze większej destabilizacji niż dać zakładany efekt. Ograniczenie wydatków państwa przy równoczesnym przymusie zwiększania wpływów podatkowych, paradoksalnie może doprowadzić do zmniejszenia ich wpływów i jeszcze bardziej wpłynąć na pogłębianie się kryzysu finansowego w całej unii walutowej i tym samym na całym Starym Kontynencie.

Pierwotnie tekst został opublikowany na stronie http://www.mojeopinie.pl

Komentarze (0)
Agencje ratingowe tną ratingi europejskich krajów
 Oceń wpis
   

Obecny kryzys finansowy i widmo głębokiej recesji w Europie powoduje, że amerykańskie agencje ratingowe, Moody`s, Fitch i Standard & Poor`s obniżyły lub zamierzają obniżyć wiarygodność finansową dla dużej części Starego Kontynentu. Działanie takie powoduje, że znów podniosło się ogólnoeuropejskie larum odnośnie wspomnianych instytucji finansowych, które mają dolewać jedynie przysłowiowej oliwy do ognia, pogłębiając takimi decyzjami jeszcze bardziej europejski kryzys i negatywnie odbiją się na światowych rynkach kapitałowych. Osobiście nie zgadzam się z takim podejściem i osądem polityków, gdyż jak już wcześniej pisałem w licznych publikacjach, to sama Europa jest sobie winna obecnego kryzysu fiskalnego. Aczkolwiek tempo w jakim agencje ratingowe przydzielają nowe poziomy wiarygodności kredytowej budzi moją dużą wątpliwość o wnikliwą,  skrupulatną analizę oraz stosowaną metodologie, przez co dają w ten sposób argumenty politykom. A według licznych zapowiedzi, w kolejce z możliwą obniżką ratingów stoją m.in. Stany Zjednoczone oraz Francja, czyli sama czołówka najważniejszych globalnych gospodarek.

Kraje Strefy Euro na pierwszy ogień

Nie ma się co dziwić takiemu obrotowi spraw, gdyż obecnie oczy całego świata są skierowane na Stary Kontynent, który jest w epicentrum finansowego kryzysu i od rozwiązań jakie zapadną w Europie, zależy w znacznej mierze sytuacja w światowej gospodarce. Dostrzegły to również agencje ratingowe, które w swoich raportach skierowanych do Unii Europejskiej stwierdzają, m.in. Moody`s , że w wyniku pogłębiającego się kryzysu zadłużenia, obawy dla ocen wiarygodności kredytowych dotyczą już nie tylko Unii Walutowej, ale przekładają się na całą Wspólnotę. Główne zarzuty dotyczą przede wszystkim braku zdecydowanych działań politycznych, które mogłyby w pozytywny sposób wpłynąć na rynki kredytowe, dając w ten sposób argumenty z nadzieją na poprawę i w miarę szybkie wyjście z obecnych zawirowań finansowych. Ciężko się nie zgodzić z taką argumentacją, gdyż jeżeli spojrzymy obecnie na europejski rynek instrumentów dłużnych, gdzie rekordy rentowności biją m.in. obligacje portugalskie, greckie czy hiszpańskie, może się niedługo okazać, że wyniku braku zdecydowanych działań europejskich polityków, kraje te stracą możliwość dostępu do rynków finansowych, bo nikt nie będzie chętny pożyczyć im pieniędzy przy dużym ryzyku nie wypłacalności krajów. Właśnie głównie z powodu wysokiego poziomu zadłużenia i braku równowagi fiskalnej, kilka dni temu agencja Fitch obniżyła ocenę wiarygodności kredytowej Portugalii do BB+ z BBB minus z perspektywą negatywną, dając tym samy furtkę do dalszego obniżania ratingu. Natomiast w Belgii, z uwagi na słabość systemu bankowego i obawę o ponowne jego dofinansowanie oraz zawirowania na scenie politycznej (braku rządu od przeszło roku!), agencja Standard & Poor`s obniżyła wiarygodność kredytową tego kraju do poziomu AA z AA+, z perspektywą negatywną. Również parę tygodni temu „oberwało się” Włochom i Hiszpanom (rentowność obligacji odpowiednio 7,02 proc. i 6,58 proc.), którym agencje Fitch i Standard & Poor`s zredukowały wiarygodność kredytową odpowiednio do poziomu A+ (z AA minus) oraz AA minus (z AA), w obu przypadkach z perspektywą negatywną. W przypadku Hiszpanii, obniżenie ratingu o dwa punkty dokonały również agencje Fitch oraz Moody`s (redukując rating z Aa2 do A1). Nie trudno domyśleć się powodów takich decyzji, gdyż w obu państwach Europy Południowej mamy do czynienia z wysokim zadłużeniem fiskalnym, niskim poziomem wzrostu gospodarczego, który nie może gwarantować konsolidacji finansów publicznych oraz jedynie zapowiedziami wprowadzenia zdecydowanych reform. Natomiast według informacji płynących za Oceanu, kolejnymi krajami ze Strefy Euro, którym grozi obniżenie wiarygodności kredytowej to Francja i Austria, na skutek niepewnej sytuacji gospodarczej wywołanej ryzykiem finansowym. Na szczególną uwagę całego gospodarczego świata zasługuje przede wszystkim zapowiedz obniżenia obecnego ratingu dla Paryża (rentowność obligacji wynosi 3,62 proc.), którzy mogą pochwalić się „jeszcze” najwyższym poziomem wiarygodności kredytowej AAA, a którzy obok Niemiec, zaczynając jednak płacić frycowe za brak rozwiązań wyjścia z europejskiego kryzysu.

Dostało się Węgrom, Stany Zjednoczone ostrzegane

Aż do poziomu śmieciowego obniżony został przez Moody`s rating Węgier (S&P utrzymał rating na liście obserwacyjnej z możliwością obniżki), z poziomu Baa3 do Ba1, z dalszą perspektywą negatywną nie wykluczającą kolejnych cięć. Główne powody redukcji to obawy o zmniejszenie deficytu budżetowego i długu publicznego. Na skutek utraty ratingu, rentowność węgierskich obligacji znalazła się na najwyższym poziomie od prawie 3 lat, 9,73 proc. Nadanie „śmieciowego poziomu” wynika również  z faktu, że rząd w Budapeszcie zwrócił się do Międzynarodowego Fundusz Walutowego o wsparcie finansowe w wysokości 4 mld euro, aczkolwiek nie chce spełniać warunków na jakich miałoby zostać udzielone wsparcie kredytowe. Powiem szczerze, że aż ciężko zrozumieć takie podejście rządu premiera Orbana, gdyż nie od dziś wiadomo, że reformy jakie zostały dotąd wprowadzone na Węgrzech, spotkały się z oburzeniem zarówno MFW jak i UE, a jedyną nadzieją na pomoc finansową są właśnie te organizacje. Muszą liczyć na pomoc międzynarodowych instytucji finansowych, gdyż z powodu braku popytu na węgierskie papiery dłużne było trzeba zrezygnować z kolejnych aukcji obligacji, a co automatycznie przekłada się na ogromne trudności w bieżącym finansowaniu kraju. Dlatego też, długo nie trzeba było czekać na reakcję węgierskiego rządu, który uznał obniżenie ratingu za atak finansowy na ich kraj, nie mający według ich realnego odbicia w bieżącej sytuacji gospodarczej. Kolejne zmniejszenie wiarygodności kredytowej według premiera Orbana jest tym bardziej nieuzasadnione, gdyż na koniec tego roku zapowiadane jest utrzymanie deficytu budżetowego poniżej progu 3,0 proc. produktu krajowego brutto.

Nie mniej ciekawie zaczyna robić się także w ojczyźnie agencji ratingowych, ponieważ jakiś czas temu Fitch ogłosił, że utrzymuje rating Stanów Zjednoczonych na dotychczasowym poziomie AAA, jednakże z perspektywą negatywną, ze względu na brak niezbędnych kroków w celu zmniejszenia deficytu budżetowego. W podobnym tonie zaczynają się również wypowiadać pozostałe agencje ratingowe, które ostrzegają przed zmniejszeniem wiarygodności kredytowej USA, jeżeli Kongres nie uchwali w końcu redukcji deficytu o 1,2 bln dolarów w przeciągu najbliższych 10 lat. Na dzień dzisiejszy, rentowność amerykańskich obligacji kształtuje się na poziomie 1,88 proc.

Bruksela przeciwko amerykańskim agencją ratingowym

Skarżenie agencji do sądów, czasowe zawieszanie oceny krajów w okresie trwania kryzysów gospodarczych czy większa przejrzystość ratingów, to jedne z najnowszych pomysłów Komisji Europejskiej w „walce” z agencjami. Zarzuty przeciwko amerykańskim instytucją finansowym dotyczą w szczególności wprowadzania chaosu i niestabilności na rynkach finansowych, co przekłada się m.in. bezpośrednio na coraz wyższe koszty obsługi długu. Mam osobiste odczucie to, że lata zaniedbań i życia ponad stan wielu europejskich krajów, dziś część europejskich polityków stara się przerzucić odpowiedzialność na agencje i oceny ratingowe, a nie tędy droga. Z drugiej strony, same agencje z Nowego Jorku dolewają co jakiś czas przysłowiowej oliwy do ognia i dają jak na tacy argumenty swoim oponentom, jak to miało ostatnio miejsc chociażby z wpadką S&P dotyczącą przesłania do niektórych tylko klientów omyłkowych informacji o obniżeniu ratingu Francji (z czego później się wycofano), jednakże wywołało to oburzenie i kolejne domysły o próbach manipulacji światowymi rynkami finansowymi (inna sprawa etyczna to stosowanie uprzywilejowanych klientów). Dlatego też, wśród jednych z zarzutów przeciwko Moody`s, Fitch i S&P,  jest ich zdominowanie rynku ratingowego w kontekście zbyt dużej władzy i ich wpływu na oceny zdolności kredytowej. Komisja Europejska proponuje wprowadzenie regulacji które umożliwiłby zaskarżanie agencji do sądu i domagania się odszkodowań w przypadku, gdy poniesiono straty na skutek błędnych bądź mało „wnikliwych i skrupulatnych” ocen ratingowych, jak miało to miejsce np. z bankiem Lehman Brothers. Wśród pomysłów KE jest także „uwolnienie” rynku dla innych agencji ratingowych czy umożliwienie bankom dokonywania samodzielnie oceń wiarygodności kredytowej. Czas pokaże co naprawdę z tych planów wyjdzie. Reasumując jednak, jak zawsze w takich sytuacjach prawda leży po środku i żadna ze stron nie jest bez mniejszej czy większej winny, aczkolwiek w działaniu agencji ratingowych można również widzieć pozytywy, gdyż wyniku ich decyzji większość krajów czy instytucji finansowych stara się jednak działać tak, by móc naprawić swoje błędy wytknięte w ocenie ratingowej. Warto tutaj również nadmienić, że nie ma obowiązku ślepo wierzyć w każdą decyzje amerykańskich agencji, a można je traktować jedynie jako pewnego rodzaju drogowskaz dla swoich decyzji inwestycyjnych.

Pierwotnie tekst został opublikowany na stronie http://www.mojeopinie.pl

Komentarze (0)
Kryzys w Strefie Euro dotyka również Niemcy
 Oceń wpis
   

Kolejne dni przynoszą coraz bardziej zaskakujące, nie mówiąc bardziej dosadnie, szokujące wydarzenia z sfery gospodarczej na Starym Kontynencie. Zeszłotygodniowym „hitem” była informacja o mniejszym popycie na niemieckie obligacje, kraju który stanowi fundament i ma ratować Strefę Euro przed upadkiem, automatycznie przełożyło się na obawy i pytanie dokąd zmierzasz Europo, gdzie jest dno obecnego kryzysu. O ile zawirowania fiskalne wśród krajów peryferyjnych Strefy Euro jak Grecji, Portugalii czy Hiszpanii są do pewnego stopnia do „zaakceptowania” przez rynki finansowe, o tyle brak zaufania do najważniejszych europejskich i równocześnie światowych gospodarek budzi wręcz niedowierzanie i chaos finansowy. Moim zdaniem, jesteśmy właśnie na etapie pisania nowej historii gospodarczej i również wielce prawdopodobne, rozpoczęcia nowego etapu kryzysu finansowego w tej części świata.

Spada sprzedaż niemieckich bundów

Niepowodzeniem powiodła się próba sprzedaży przez niemiecki rząd obligacji – bundów, nabywców znalazło jedynie 3,9 mld euro z całościowego pakietu o wartości 6 mld euro, przy średniej rentowności papierów na poziomie 1,98 proc (pod koniec września b.r. był to poziom 1,64 proc). Warto również nadmienić, że obecnie niemieckie obligacje kosztują więcej niż 10 – letnie papiery Wielkiej Brytanii. Głównym powodem takiego stanu rzeczy jest po pierwsze, zbyt niskie oprocentowanie obligacji dla inwestorów w porównaniu chociażby z 10-letnimi obligacjami Francji na poziomie 3,64 proc., oraz bezwątpienia mająca wpływ nerwowa sytuacja jaka panuje na rynkach finansowych od dłuższego czasu. Sugeruje się również, że mniejszy popyt na niemieckie papiery dłużne było przyczyną sprzeciwu władz niemieckich wobec emisji wspólnych euroobligacji oraz działalność EBC jako pożyczkodawcy ostatniej instancji. Z punku widzenia psychologicznego, jest to kompletna katastrofa gdyż świadczy o tym, że gospodarka niemiecka traci zaufanie na rynkach finansowych i jest stawiana na „równi” (nie mylić z oprocentowaniem) z innymi krajami Strefy Euro z problemami fiskalnymi, dlatego też musi płacić wyższą premię, by obecnie znaleźć kupców na swoje papiery wartościowe. Aczkolwiek, jeżeli spojrzymy na to z punktu widzenia analitycznego, nie ma obecnie żadnych fundamentalnych podstaw do negatywnej oceny gospodarki naszych Zachodnich sąsiadów i nieufności wśród inwestorów do pożyczania pieniędzy Berlinowi. W trzecim kwartale tego roku, produkt krajowy Niemiec wzrósł o 2,5 proc. w ujęciu roczny oraz o 0,5 proc. w ujęciu kwartalnym, co oznacza, że nie było negatywnego zaskoczenia dla rynków, gdyż dane o PKB idealnie wkomponowały się w prognozy analityczne. Niestety, ale trzeba szczerze powiedzieć, że Niemcy mimo „walki” z kryzysem, płacą przysłowiowe frycowe za sytuację w całej Strefie Euro, przez co inwestorzy nie są wstanie zaakceptować takiego ryzyka przy obecnych niskich poziomach rentowności.

Cała Strefa Euro jedzie na jednym wózku

Niemcy jeszcze do niedawna byli bezpieczną przystanią na Starym Kontynencie ale niestety stało się coś, co chyba było tak naprawdę tylko kwestią czasu, gdyż obecny kryzys w Strefie Euro odbija się już na wszystkich krajach członkowskich. Wygląda na to, że przestał działać podział na kraje bogate, pewne zaufania oraz te z problemami finansowymi i dużym ryzykiem inwestycyjnym, a mamy obecnie do czynienia z recesją, chaosem gospodarczym i zapowiedziami ostrych cięć budżetowych, co nie wróży dobrze na najbliższą przyszłość gospodarczą w eurolandzie. Mojej opinii, w tym całym natłoku złych informacji gospodarczych napływających na rynek widać również chaos w poczynaniach inwestorów, którzy wyprzedają aktywa Strefy Euro „jak leci”, nie do końca mające przełożenie na realną sytuację finansową danego kraju. Jeżeli jednak na chwile zapomnimy o niskim oprocentowaniu obligacji, a które mogły mieć znaczący wpływ na niską sprzedaż, wyłania się nam poważniejszy problem tzn. kreuje się nam generalnie nieufność wobec waluty euro. A w takim przypadku kraj o najlepszej wiarygodności kredytowej jak Niemcy, nie są wstanie refinansować swojego zadłużenia w takim zakresie, jaki planowali. Jest to zarazem sygnał ostrzegawczy dla innych krajów, gdyż jeżeli niemieckie obligacje tracą zaufanie to co możemy powiedzieć o włoskich, portugalskich czy hiszpańskich i czy wogóle mają na co w liczy w przyszłości.  Z drugiej strony trudno sobie wyobrazić, jest wręcz nierealne, żebyśmy mieli do czynienia z rentownością niemieckich obligacji na poziomie 7 – 8 proc. i całkowitą utratą zaufania do tych papierów dłużnych. Nadal Niemcy będą spoiwem całej Strefy Euro, aczkolwiek przez najbliższe miesiące nie należy spodziewać się spadku premii za ryzyko, gdyż obawa o rozpad eurolandu jest dość wysoka. Większe obawy mam w stosunku do krajów, które potrzebują finansowania zewnętrznego jak przysłowiowa ryba wody, a które będą zmuszone do ponoszenia coraz wyższych kosztów, gdyż należy liczyć się w niedalekiej przyszłości z dalszym wzrostem rentowności ich obligacji. A to z kolei, oczywiście jeżeli znajdą się chętni na pożyczanie takim krajom pieniędzy, przełoży się na istną spiralę zadłużenia i  problemy finansowe. Jedyną nadzieją wydają się być w tym momencie euroobligacje, które pozwoliłyby pogłębić integracje fiskalną w Strefie Euro oraz przynieść ulgę finansową najbardziej zadłużonym krajom, tym samym dając nadzieję na wyjście z pętli kryzysu finansowego. Z punktu widzenia Berlina, rozwiązanie to póki co jest nie do zaakceptowania, gdyż znaczną cześć kosztów pokryją Niemcy i wezmą na siebie zadłużenie innych krajów, aczkolwiek  brak zgody może spowodować ryzyko rozpadu Strefy Euro. W związku z tym, jeżeli Niemcy i Francja nie dojdą do porozumienia odnośnie euroobligacji, możemy mieć do czynienia ze wzrostem rentowności m.in. włoskich i hiszpańskich obligacji powyżej 9 proc., co grozi ich niewypłacalnością w dłuższym terminie, nie wspominając o istnej katastrofie finansowej dla Starego Kontynentu.

Euroobligacje nadzieją dla Strefy Euro

Pomimo sprzeciwu Berlina, Komisja Europejska pracuje nad stworzeniem różnych wariancji euroobligacji dla Strefy Euro, które mają stać się istnym kołem ratunkowym dla całej Unii Europejskiej. Łącznie z opcją emisji tych obligacji, Komisja pracuje nad równoczesnym wprowadzeniem propozycji wzmocnienia dyscypliny finansów publicznych w eurolandzie. Ogólna idea zakłada, że kraje eurolandu zamiast zadłużać się samodzielnie na rynkach finansowych i płacić wysokie koszty, nastąpiłoby zastąpienie wszystkich narodowych obligacji emitowanych przez kraje członkowskie wspólnymi papierami dłużnymi o wspólnych gwarancjach. Dzięki temu, kraje ponoszące wysokie koszty obsługi długu, mogłyby w pewien sposób „skorzystać” z lepszej oceny wiarygodności kredytowej gospodarek silniejszych takich jak niemieckiej czy francuskiej. Według propozycji KE, inne warianty to albo wyemitowanie wspólnie gwarantowanych euroobligacji, ale tylko dla części wspólnego długu (kraje nadal by emitowały swoje narodowe obligacje), bądź wprowadzeniem obligacji stabilizacyjnych częściowo zastępujące obligacje narodowe, jednakże nie posiadające wspólnych gwarancji (każdy kraj byłby zobowiązany zapewnić gwarancje do poziomu swojego zadłużenia). W tym momencie jeżeli miałbym doradzać kanclerz Niemiec, w moim przekonaniu wspólna emisja obligacji będzie miała pozytywne skutki dla samej gospodarki naszych Zachodnich sąsiadów pod kilkoma względami. Bez wątpienia, udało by się zaoszczędzić na dalszych kosztach związanych z kryzysem fiskalnym, bo nie ma co ukrywać że to właśnie Niemcy byli i są największym płatnikiem pakietów pomocowych dla innych krajów członkowskich. Jeżeli dodamy do tego, że w przypadku braku możliwości wspólnego pozyskiwania finansowania będziemy mieć do czynienia z recesją w tych krajach, to dla niemieckiej gospodarki miało by to negatywne skutki, gdyż w znaczącej części opiera się na eksporcie swoich towarów właśnie do innych krajów eurolandu. Dlatego reasumując, euroobligacje punktu widzenia Berlina powinny zmniejszyć ich koszty jako największego płatnika pakietów pomocowych i uchronić Europe przed dalszą eskalacją kryzysu fiskalnego, dać bodziec samej gospodarce niemieckiej poprzez chociażby wzrost eksportu, a wyższa rentowność euroobligacji w stosunku do niemieckich papierów dłużnych, nie miało by to aż tak znaczącego i negatywnego wpływu na niemiecką gospodarkę. Zgadzam się, że zgodą na takie rozwiązanie jest dalsze wzmacnianie dyscypliny budżetowej oraz zaciśnięcie kontroli nad budżetami w krajach członkowskich, jest to wręcz konieczne.

Pierwotnie tekst został opublikowany na stronie http://www.mojeopinie.pl

 

Komentarze (0)
Włochy - europejskiego kryzysu finansowego c.d.
 Oceń wpis
   

Nie ucichły jeszcze na dobre zawirowania wokół Grecji, a przed nami obawy, że kolejnym krajem który podzieli los Greków będą Włochy, państwo które należy do najważniejszych regionów gospodarczy świata (trzecia gospodarka eurolandu). O ile zadłużenie finansowe i ewentualne bankructwo Grecji jest do przyjęcia dla całej Unii Europejskiej, to w przypadku Rzymu problem jest bardzo poważny, gdyż obecne włoskie zobowiązania wynoszą blisko 2 bln euro. Niestety, ale przy takim poziomie włoskiego długu Stary Kontynent nie stać obecnie na stworzenie pakietu pomocowego i na szybkie wyciągniecie Włochów z tarapatów.

Rentowność włoskich obligacji bije rekordy

W ostatnich dniach rentowność włoskich obligacji zarówno dziesięcioletnich jak i pięcioletnich przekroczyła odpowiednio poziom 7,71 oraz 7,48 procent – poziomy najwyższe od 1997 roku, czego główną przyczyną były i są polityczne zawirowania wokół premiera Berlusconiego oraz obawy o proponowany przez włoski rząd plan naprawy finansów publicznych. W dniu dzisiejszym, jeżeli Włochy chcą pozyskać kapitał z rynków finansowych, są zmuszeni ponosić coraz większe koszty finansowe. Z punktu widzenia rynków to także sygnał, że wysokie oprocentowanie obligacji i tym samym wyższe koszty obsługi długu w dłuższym okresie przełożą się na problemy w spłacie swoich zobowiązań, gdyż państwo po prostu nie będzie stać na i ich zapłatę. Dla inwestorów przekroczenie poziomu 7 proc. ma również wymiar psychologiczny, gdyż jako ciekawostkę podam, że kiedy obligacje m.in. greckie czy irlandzkie przekroczyły ten poziom, kraje zwróciły się do Unii Europejskiej o pomoc finansową. W przyszłym roku Włosi będą zobligowani do wykupu obligacji o wartości notabene 360 mld euro, co stanowi o 50 proc. więcej niż cały dług… Grecji. Problem w tym, że obecnie nie ma programu w ramach Europejskiego Funduszu Stabilności Finansowej, który byłby wstanie wziąć na swoje barki włoskie zadłużenie – chodzi przede wszystkim o zwiększenie pakietu pomocowego do poziomu, w moim odczuciu do kwoty min. 1,5 – 2 bln euro, zakładając ze Rzym zwróci się o pomoc. Gdyż proszę pamiętać także o tym, że oprócz wspomnianej Grecji i Włoch które mogą potrzebować nawet 1,5 bln euro, w kolejce o pomoc finansową zwrócą się na pewno m.in. Hiszpanie i Portugalczycy. Kolorytu całej włoskiej sytuacji dodaje problem polityczny związany z utratą przez obecnego premiera większości w izbie niższej parlamentu, w sytuacji kiedy obiecano Brukseli przeforsowanie w parlamencie drastycznego pakietu oszczędnościowego (m.in. wydłużanie do 67 lat wieku emerytalnego czy otwarcie na konkurencję niektórych chronionych sektorów gospodarki). Według zapowiedzi premiera Berlusconiego, wprowadzenie w życie zaproponowanych przez niego oszczędności będzie równoznaczne z poddaniem się do dymisji. Rynki finansowe z nadzieją oczekują w głównej mierze na zażegnanie konfliktu politycznego i wprowadzeniu cięć budżetowych, co pozwoli uspokoić inwestorów i obniżyć jak najszybciej rentowność obligacji.

Włosi pogrążą europejskie banki

Coś, co jeszcze parę lat temu wydało się jako niemożliwy do zrealizowania scenariusz, by jedna z najważniejszych światowych gospodarek mogła stać się niewypłacalna, obecnie dla największych europejskich banków, w tym szczególnie francuskich może stać się istnym koszmarem, gdyż mają zaangażowane w włoskie aktywa ponad 400 mld euro. Żeby jeszcze bardziej zobrazować w jak trudnej sytuacji znalazły się już nie tylko europejskie banki ale i cała Strefa Euro to warto nadmienić, że Włochy są czwartą z kolei najbardziej zadłużoną gospodarką globu (po USA, Japonii i Niemczech), z relacją długu do produktu krajowego brutto na poziomie 120 proc. PKB. Aby móc obsługiwać swoje zobowiązania, włoska gospodarka musiała by zacząć rosnąć szybciej i zwiększać swoje dochody fiskalne, co dziś jest niemożliwe. Z drugiej strony trzeba przyznać, że włoskie papiery rządowe zawsze były obarczone wyższym ryzykiem w porównaniu do papierów m.in. niemieckich czy francuskich. Niepokój zapanował również pośród włoskich banków, które ze względu na odpływ inwestorów, będą zmuszone do podniesienia kapitałów własnych aby móc sprostać nowym wymogom regulatorów. Jednym z rozwiązań jest pozyskanie przez banki kapitału poprzez sprzedaż akcji na giełdzie papierów wartościowych, chociaż w obecnej sytuacji gospodarczej i politycznej o nabywców będzie niezmiernie trudno. W ostatnich dniach akcje wielu banków zostały przecenione, najsilniej na parkiecie w Mediolanie oraz Atenach, które „dostały” rykoszetem ze względu na zawirowania z nowym rządem. Dlatego też, inną alternatywą dla pozyskania niezbędnych pieniędzy będzie np. sprzedaż co niektórych aktywów – w tym momencie dotykamy również polskiego wątku, ponieważ jedną z opcji dla banku UniCredit może być wystawienie na listę „transferową” należącego do tej instytucji finansowej polskiego banku Pekao. Pytanie tylko brzmi, czy po pierwsze znajdzie się potencjalny nabywca, po drugie jaka cena będzie satysfakcjonująca dla UniCredit, a za jaką cenę uda się… sprzedać. Ostatecznością jest wstrzymanie lub ograniczenie przez banki aktywności kredytowej i/lub zwrócenie się do państwa o finansowanie, co z kolei miałoby konsekwencje i wiązałoby się z brakiem stymulacji dla wzrostu gospodarczego oraz powodowało dalsze zadłużanie fiskalne.

Unia Europejska na rozdrożu recesji

W związku z sytuacją w Grecji i we Włoszech ponownie powraca ryzyko recesji w całej Wspólnocie, jeżeli głównie kraje należące do Strefy Euro nie podejmą zdecydowanych działań i reform aby ponownie przywrócić zaufanie do stabilności finansów publicznych i rynków finansowych. Kluczowe i psychologiczne znaczenie ma ponowne przywrócenie zaufania wśród inwestorów, gdyż niepewność na rynkach finansowych ma swoje odbicie w negatywnym wpływie na popyt wewnętrzny i poziom inwestycji.  Brak pozytywnych nastrojów powoduje, że społeczeństwa zgłaszają mniejszy popyt na towary, przedsiębiorstwa mają mniej pracy i wstrzymują się z inwestycjami, rośnie bezrobocie, spada dynamika światowej gospodarki powodując spadek eksportu, a kraje coraz bardziej się zadłużają – dlatego tak bardzo ważne jest szybkie wprowadzenie reform i ustabilizowanie sytuacji gospodarczej. To, że gospodarka Starego Kontynentu popadła w zastój nie podlega dyskusji, teraz należy zrobić wszystko żeby nie doszło do powrotu recesji. Według najnowszych prognoz Komisji Europejskiej w przyszłym roku spodziewane jest utrzymanie produktu krajowego brutto w całej Unii Europejskiej w granicach zera – wzrost o 0,6 proc., oraz niewiele lepiej będzie w Strefie Euro, gdzie PKB ma wynieść jedynie 0,5 proc. Z kolei w 2013 roku, produkt krajowy brutto Unii Europejskiej ma być na poziomie 1,0 proc., natomiast średni wzrost PKB w Strefie Euro w 2013 roku ma wynieść 1,3 procent. Deficyt budżetowy w całej UE w tym roku ma wynieść 4,7 proc. PKB oraz 4,1 proc. w Strefie Euro przy odpowiednio 3,9 proc i 3,4 proc. PKB w Unii Europejskiej i Strefie Euro w roku przyszłym. Z pośród krajów członkowskich, w najgorszej sytuacji z powodu kryzysu długu będzie gospodarka Grecji i Włoch. W pierwszym przypadku mamy już do czynienia z recesją – na koniec 2011 roku produkt krajowy brutto wyniesie minus 5,5 proc., minus 2,8 proc. w roku przyszłym i 0,7 proc. PKB w roku 2013. Według europejskich prognoz, grecki dług w tym roku będzie się kształtował na poziomie blisko 163 proc. w relacji do PKB, 198 proc. w roku przyszłym i 198 proc. na koniec 2013 roku. W przypadku Włoch, sytuacja jest o tyle „lepsza”, że według prognoz w tym roku wzrost gospodarczy ma wynieść aż i tylko 0,5 proc., 0,1 proc. w 2011 roku i 0,7 proc. produktu krajowego brutto w 2013 roku. Z kolei dług ma wzrosnąć na przestrzeni tego i przyszłego roku do 120 proc. oraz spać do 119 proc. w 2013 roku. Pozytywne dane dotyczą natomiast włoskiego deficytu – z tegorocznych 4 proc. ma zmaleć do 2,3 proc. PKB w roku następnym i do 1,2 proc. w 2013 roku. O obecnej sytuacji gospodarczej Rzymu wypowiedziała się kanclerz Niemiec Pani Merkel, która stwierdziła, że Włosi są na najlepszej drodze do uzdrowienia publicznych finansów i ma nadzieje, że podobną „ścieżką” pójdą inne zadłużone kraje oraz że nastąpi tak oczekiwana stabilizacja fiskalna Strefy Euro i wzrost gospodarczy w całej Unii Europejskiej. W moim przekonaniu tylko zdecydowane reformy mogą uchronić Stary Kontynent przed długoterminową zapaścią gospodarczą i jeżeli europejscy politycy nie zaczną zdecydowanie działać i przede wszystkim kontrolować rządowych założeń fiskalnych, to Europa jeszcze długo będzie „chorować” gospodarczo.

Pierwotnie tekst został opublikowany na stronie http://www.mojeopinie.pl

Komentarze (0)
Grecja szokuje i „załamuje” rynki finansowe
 Oceń wpis
   

Co się nie robi dla władzy – grecki premier Papandreu dla zachowania obecnego stanowiska postanowił w imię demokracji oddać los swojego kraju w ręce jego obywateli pozwalając w ramach referendum podjąć decyzję w sprawie planu ratunkowego, czym wprowadził wręcz w osłupienie cały finansowy świat. Najgorsze w tym wszystkim jest nie tyle same referendum, co zazwyczaj świadczy o dojrzałości demokracji i jest dobre dla kraju ale to, że kiedy od miesięcy większość najważniejszych światowych gospodarek szukało i nadal szuka rozwiązania dla uratowania Grecji i całego globu przed światową recesją, Pan Papandreu po prostu stchórzył przed wprowadzeniem drakońskich reform i „zrzuca” problem na barki społeczeństwa. Tylko pytanie teraz co dalej z ratowaniem strefy euro, bo to że greckie społeczeństwo odrzuci przyjęcie reform jest pewne i Grecja prawdopodobnie nie otrzyma dalszej pomocy finansowej. Dlaczego sprawa referendum nie była poruszana od samego początku, kiedy było wiadomo że Grecja sama sobie nie pomoże, tylko teraz kiedy ustalono plan działania …

W co gra Grecja?

Według wstępnych założeń, przyjęty jednomyślnie przez rząd w Atenach pomył premiera na referendum w sprawie drugiego pakietu pomocy miał by się odbyć jeszcze w tym roku z akceptacją warunków Brukseli lub dopuszczenie do niekontrolowanego bankructwa i powrót do drachmy. Ważniejsze jest jednak pytanie, w co w ten sposób chce ugrać grecki rząd – w moim przekonaniu jest to tylko i wyłącznie walka o stołki i zagrywka polityczna, gdyż premier Papandreu chce upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Zdaje sobie doskonale sprawę, że wprowadzenie odgórnie wielkich cięć fiskalnych doprowadzi już nie tyle do tego, że pożegna się ze swoim stanowiskiem w niedługim czasie, ale nie ma co marzyć o powrocie do władzy przez kolejne lata. Pokerowa zagrywka Papandreu ma go umocnić także wobec opozycji, gdyż w 300 – osobowym parlamencie ma zaledwie 152 głosy, a w przypadku dalszych zawirowań i ewentualnych buntach w wewnątrz partii rządzącej, może utracić większość i zostać odwołany ze stanowiska, czego domagają się jego oponenci. Wprowadzając referendum, daje sobie tym samym furtkę i realną szanse do dalszego sprawowania władzy, a ewentualna porażka zostanie rzucone na innych. Wie również, że kraje strefy euro stoją pod ścianą i nie pozwolą na bankructwo Aten i wstrzymania pomocy finansowej, gdyż w przeciwnym razie będziemy mieli do czynienia z efektem domina – grecka gospodarka będzie zrujnowana, recesja dotknie inne kraje strefy euro (z możliwością kolejnych bankructw m.in. Hiszpanii i Włoch) i znaczną część światowej gospodarki od USA po Azje. Już dziś jesteśmy świadkami, jak na rynkach kapitałowych inwestorzy są bardzo wyczuleni na sygnały płynące z krajów strefy euro i dalszą niepewność, co tylko potęguje niepokój. W najbliższym czasie nie należy spodziewać się zdecydowanego odbicia indeksów na światowych rynkach kapitałowych, a wręcz przeciwnie, aż ostatecznie nie zostanie rozwiązany kryzys finansowy na Starym Kontynencie. Już pojawiają się sygnały, że obecnie jednym wyjściem jest usunięcie ze stanowiska ….Papandreu i odwołanie referendum oraz poddanie Grecji zdecydowanym i nieodwracalnym reformom. Osobiście uważam, że nic to nie da, gdyż znając mentalność Greków, ich podejście do „kombinowania” i oszukiwania samych siebie, nie wyobrażam sobie, żeby jakiekolwiek naciski z zewnątrz cokolwiek zmieniły. Dlatego też, jak już wcześniej pisałem w artykułach poświęcanych Grecji, dalsze przedłużanie greckiej „tragedii” nie ma najmniejszego sensu, należy ogłosić niewypłacalność, przeciąć tą „chorą” pępowinę, nawet jeżeli będzie się to wiązało z wyjściem ze strefy euro.

Panika na giełdach, Niemcy i Francja wciekłe

Decyzja premiera Papandreu spowodowała, że wtorkowe najważniejsze sesje giełdowe na całym świecie zakończyły się pod dużą kreską - w Atenach giełda spadła o 6,92%, w Mediolanie o 6,8%, w Paryżu indeks CAC obniżył się o blisko 5,38 %, we Frankfurcie indeks DAX stracił 5,0%, natomiast o ponad dwa procent traciły indeksy w Stanach Zjednoczonych. Najbardziej ucierpiały akcje europejskich banków (np. akcje francuskiego Societe Generale i BNP Paribas straciły na wartości odpowiednio po 16,0% i 13,0%) które w dalszym ciągu mają ulokowane miliardy euro w obligacjach krajów zagrożonych niewypłacalnością – w Grecji, Portugalii, Hiszpanii czy we Włoch. Decyzja greckiego premiera zwiększyła tylko wśród inwestorów ponownie niepewność co do przyszłości strefy euro i pytanie, jak nie dopuścić do powtórzenia się scenariusza z bankiem L. Brothers. Efekty dało się odczuć także na rynku walutowym, gdzie kurs euro wobec amerykańskiej waluty zanurkował o ponad 3 procent. Niedowierzanie i konsternację dało się jednak odczuć przede wszystkim wśród europejskich polityków, z kanclerz Merkel i prezydentem Sarkozy na czele, którzy byli wręcz wciekli i zirytowani na greckiego premiera, czemu akurat nie ma się co dziwić, gdyż to właśnie Niemcy i Francuzi są największymi płatnikami pakietów pomocowych i odgrywają główną rolę w walce o strefę euro. Akcentowano głośno, że jeszcze kilka dni wcześniej, 27 października,  przy ogromnym wysiłku i długich godzinach negocjacji krajów ze strefy euro, wypracowano tak bardzo oczekiwany przez cały świat konsensus m.in. dokonując redukcji greckiego długu o 100 mld euro i uruchomienie kolejnego pakietu pomocowego wartego 130 mld euro by uratować ten kraj przed bankructwem i zachować jedność wspólnej waluty. Odtrąbiono więc znaczący sukces, co dobitnie było podkreślane również przez rząd w Atenach jako nadzieja na szybki powrót na ścieżkę wzrostu gospodarczego i redukcję zadłużenia. W chwili obecnej Ateny korzystają z przyznanego do 2013 roku pakietu pożyczkowego wartego około 110 mld euro. Wśród polityków niemieckich można usłyszeć również głosy, że Grecy powinni opuścić strefę euro i wrócić do drachmy, gdyż kraj ten nie może i nie będzie państwem konkurencyjnym gospodarczo pozostając przy euro, przez co tracą nie tylko oni, ale również Inni członkowie wspólnej waluty. Trudno się nie zgodzić z takimi opiniami kiedy przyjrzymy się dokładnie sytuacji makroekonomicznej kraju „Bogów” – gospodarka jest na dnie, nie ma czym łatać ogromnej dziury budżetowej, gdyż plany prywatyzacyjne stoją wręcz w miejscu, coraz wyższe obciążenia podatkowe, bardzo wysokie bezrobocie i dalsze planowane redukcje zatrudnienia oraz niepewność jutra zabija wręcz konsumpcje wewnętrzną powodując, że mamy błędne koło kryzysu i zapowiadany od 2013 roku wzrost gospodarczy można schować między bajki.

Grecja zagraża całemu światu

Obecna sytuacja pokazuje, że nawet niewielki kraj jest wstanie postawić na głowie prawie cały świat, powodując jednocześnie reperkusje zagrażające globalnym rynkom walutowym i finansowym. Jeżeli sprawa referendum nie zostanie rozwiązania pozytywnie czyt. nie zostanie odwołane, skutki dla świata mogą być bolesne, w najgorszym scenariuszu łącznie z rozpadem strefy euro i światową recesją. Odrzucenie referendum oznacza, że greckie obligacje o wartości nominalnej 350 mld euro przestają być cokolwiek warte, a sama Grecja jest pozbawiona jakiegokolwiek finansowania zewnętrznego, z utratą resztek zaufania pośród światowych inwestorów. Mało tego, Europejski Bank Centralny nałożył by przede wszystkim zakaz emisji nominałów wspólnej waluty oraz wstrzymał udzielanie Grekom jakichkolwiek pożyczek, co było by dla Aten tragedią gospodarczą i społeczną. Dlatego też, w mojej opinii Grecja ma przed sobą na chwilę obecną dwie drogi wyjścia – najbardziej optymistyczny scenariusz zakłada, że rząd w Atenach odwołuje referendum (lub co najmniej prawdopodobne, Grecy w głosowaniu decydują o kontynuowaniu drastycznych reform) i dalej próbuje oddłużyć kraj, spełniając równocześnie wszystkie założenia i zalecenia zatwierdzone przez Unię Europejską i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Drugim wyjściem, który wydaje się najbardziej realistycznym rozwiązaniem, to odejście od reform, ogłoszenie niewypłacalności i wyjście ze strefy euro. Osobiście jestem za drugim scenariuszem, gdyż należy w końcu skończyć z próbą uzdrowienia kraju, który i tak już dawno zbankrutował przedłużając bezsensownie jego agonie. Wyjście Greków ze strefy euro tak naprawdę jest w ich interesie, gdyż proszę pamiętać, że kraj ten jest zbyt słaby gospodarczo i politycznie, żeby móc z powodzeniem konkurować na światowych rynkach pozostając przy euro. Bankructwo kraju zaczęłoby się od banków, które pozbawione finansowania przestały by wypłacać pieniądze ich klientom w postaci wkładów lub udzielania kredytów m.in. przedsiębiorcom na bieżącą działalność operacyjną. Równocześnie jedynym wyjściem było by wypłacanie drachmy przez grecki bank centralny co jest równoznaczne z końcem europejskiej waluty euro w Grecji. Problem tutaj może być bardziej natury prawnej, gdyż żadne zapisy w Traktacie Lizbońskim nie zakładały takiego scenariusza, czyli z wyjściem danego kraju z unii walutowej z jednoczesnym pozostaniem w strukturach Unii Europejskiej. Przed nami obecnie szczyt G20 we Francji i może tam będziemy w końcu świadkami ostatecznego rozwiązania tej greckiej „farsy”, z pożytkiem dla reszty świata.

Pierwotnie tekst został opublikowany na stronie http://www.mojeopinie.pl

Komentarze (0)
Grecja jest bankrutem
 Oceń wpis
   

Temat problemów finansowych i bankructwa Grecji przewija się w mediach niczym mantra, a wiadomo nie od dziś, że Grecy są już bankrutem i żadne zaklinanie obecnej rzeczywistości tego nie zmieni. To, że olbrzymie zadłużenie nie zostanie spłacone (w optymistycznym wariancje jedynie jakaś cześć z blisko 350 mld euro) to wie każdy, kto śledzi chociażby podstawowe wskaźniki fundamentalne greckiej gospodarki. Dlatego nie mogę tego zrozumieć i dziwie się decydentom Unii Europejskiej, że w dalszym ciągu starają się ślepo dążyć w kolejne pakiety pomocowe dla Aten, zamiast ogłosić niewypłacalność i dokonać restrukturyzacji długu, tzn. umorzyć niestety znaczną część zadłużenia. Pompowanie kolejnych miliardów euro nie ma najmniejszego sensu, ponieważ kraj ten przy obecnej kondycji gospodarki i nastawieniu społecznym (czyt. jak największe życie na koszt państwa) przez wiele lat nie będzie wstanie spłacić tych pieniędzy.

Gospodarka Grecji w skali makro

W opublikowanych na początku września b.r. danych dotyczących drugiego kwartału, gospodarka „Bogów” według greckiego urzędu statystycznego odnotowała spadek produktu krajowego brutto o 7,3 proc. w ujęciu rocznym, w głównej mierze pogłębiony przez przedsięwzięcia oszczędnościowe. Natomiast według najnowszych prognoz, na koniec tego roku gospodarka Hellady skurczy się o około 5,3 procent, przy spadku o 4,5 proc. PKB rok wcześniej. Tegoroczny deficyt ma wynieść 8,8 proc. produktu krajowego brutto(według wcześniejszych zapewnień władz miał spaść jednak do 7,6 proc. PKB), przy wpływach do budżetu na przestrzeni pierwszych siedmiu miesięcy tego roku w wysokości 1,9 mld euro i wydatkach 2,7 mld euro. Jeżeli dodamy do tego, że według różnych źródeł poziom bezrobocia sięga w przybliżeniu 40,0 proc. i z każdym miesiącem rośnie, to o jakiej spłacie swoich zobowiązań my mówimy (m. in. w stosunku do niemieckich i francuskich banków)? Źródło strachu dla inwestorów jakim zwie się Grecja można odczuć na rynkach finansowych gdzie rentowność greckich obligacji dwuletnich przekroczyła poziom 60,0 proc., z kolei w przypadku jednorocznych poziom ten sięgnął pułap 110,0 procent (papiery dziesięcioletnie mają oprocentowanie na poziomie 18,0 proc., w porównaniu do 2,1 proc. dla obligacji niemieckich). Jeżeli ufać greckim prognozom rządowym to wzrost PKB gospodarka odnotuje dopiero w 2013 roku, co w mojej opinii jest i tak bardzo optymistycznym stwierdzeniem i należy traktować te zapewnienia z bardzo dużą ostrożnością. Przeszkodą są sami… Grecy, którzy na potęgę uchylają się od płacenia podatków i zaniżają swoje dochody (jedynie 160 tys. greków deklaruje dochody powyżej 50 tys. euro rocznie). Dlatego też, jedną z prób ratowania budżetu będzie wprowadzenie jednorazowego, szybkiego do egzekucji podatku od nieruchomości co ma dać blisko 2 mld euro przychodu do kasy publicznej. Jednakże, już po tych danych widać w jak kiepskiej sytuacji jest Grecja, dlatego moim zdaniem rozsądne rozwiązanie to ogłoszenie „upadłości”. Na rynkach już pojawiają się informacje, że bankructwo pociągnie za sobą także konsekwencje związane z wyjściem ze Strefy Euro i przywróceniem wycofanej w 2002 roku drachmy. To akurat uważam za mało realne, jednakże im szybciej uda się zażegnać sytuację w Grecji tym lepiej dla całej Unii Europejskiej, która coraz bardziej pogłębia się w stagnacji gospodarczej. A proszę pamiętać, że prócz kraju „Bogów”, kolejnymi państwami które również mają problemy z olbrzymim zadłużeniem jest Hiszpania, Włochy czy Portugalia.        

Niemcy zakładają greckie bankructwo

Najbardziej zaniepokojeni obecną sytuacją są Niemcy, ponieważ są największym płatnikiem unijnych pakietów pomocowych w ratowaniu europejskich krajów przez bankructwem, z Grecją na czele. Według przecieku z niemieckiego ministerstwa finansów, rząd kanclerz Merkel ma już założone możliwe scenariusze w przypadku ogłoszenia niewypłacalności Greków. Obecnie zakładana jest prawie z 90 – procentowym prawdopodobieństwem opcja bankructwa, o czym świadczą m.in. największe na świecie koszty ubezpieczenia greckich obligacji, które wzrosły do 35,0 procent wartości nominalnej obligacji. Tak naprawdę nie ma się co dziwić naszemu Zachodniemu sąsiadowi, ponieważ udzielona do dziś pomoc finansowa nie doprowadziła do niczego – nie ma nawet zalążka skutecznego rozwiązania greckiego zadłużenia. Problem jednak jest z tym, jak przeprowadzić ewentualną upadłość Hellady stwarzając warunki do powstrzymania paniki na światowych rynkach. Już wiadomo, że przyznana Atenom kolejna transza pożyczki warta blisko 8 mld euro została wstrzymana i zostanie wypłacona dopiero w październiku, ale też pod warunkiem wprowadzenia kolejnych reform. I w tym momencie jest to dla mnie sygnał, że Unia Europejska już przygotowuje się do ogłoszenia bankructwa Grecji, co w moim przekonaniu należy zrobić w miarę szybko z równoczesnym zagwarantowaniem finansowania dla prywatnych banków, które „utopiły” miliardy euro w obligacje. To powinno na tyle uspokoić rynki kapitałowe przed głęboką zapaścią dając czas na zreformowanie greckiej gospodarki. Drugim powodem, dla którego Niemcy nie są skłonne do wydawania kolejnych miliardów euro na Grecje, to brak zaufania do obecnego rządu w Atenach, który jest uważany przez nich za mało skuteczny, gdyż według niezależnych analiz finansowych, gdyby władzy udało się odzyskać zaległe należności od przedsiębiorstw i obywateli, to nie mówilibyśmy dziś o żadnej pomocy, co więcej nie było by większych problemów z deficytem. A co na to wszystko sami zainteresowani – z jednej strony są zdania i zapewniają, że mimo znacznej recesji niż wstępnie zakładano, uda się obniżyć deficyt do poziomu uzgodnionego z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i Unią Europejską, nie będąc tym samym kozłem ofiarnym problemów w Strefie Euro. Z drugiej strony widząc co się dzieje na greckich ulicach (co jakiś czas dziesiątki tysięcy ludzi bierze udział w gwałtownych starciach z policją w wielu miastach), w jakiej obecnie kondycji jest gospodarka i jak wiele lat wyrzeczeń ich czeka, muszą być również zdani na pomoc z zewnątrz. Nowy pakiet oszczędności obejmuje m.in. wspomniany wcześniej nowy podatek od nieruchomości, pozbawienie przywilejów finansowych greckich parlamentarzystów, przekazanie młodym grekom ziemi w zamian za zajęcie się rolnictwem, rozpoczęcie poszukiwania na morzu Jońskim złóż ropy naftowej i gazu oraz przekazanie kilku miliardów euro na walkę z bezrobociem, przede wszystkim wśród młodych ludzi. Pracę ma stracić także około 120 tys. osób zatrudnionych w sektorze publicznym, a pozostała cześć urzędników będzie miała obniżone wynagrodzenia o 25,0 procent.

Kto ucierpi najbardziej?

Jednym z pierwszych, którzy odczują niewypłacalność Grecji będą niemiecki i francuskie banki, które mają ulokowane miliardy euro, co spędza oczywiście sen z powiek europejskim politykom. Jednakże, coraz częściej pojawiają się także komentarze, że tak naprawdę problemem jest sama Strefa Euro, której wróży się nawet rozpad. Bo poza omawianą wcześniej Grecją, zagrożenie bankructwem dotyka jeszcze kilka krajów i nie ma żadnego skutecznego planu na jego rozwiązanie. W moim przekonaniu, główny błąd popełniono już na etapie pierwszych sygnałów o problemach finansowych Grecji lekceważąc to i uznając, że dotyczy to tylko Hellady a kwoty ewentualnej pożyczki na pokrycie zadłużenia są niewielkie. Nikt jednak nie zakładał, że po Grecji w kolejce po zew. finansowanie ustawi się Portugalia, Irlandia, w dalszym ciągu ryzyko wisi również nad Hiszpanią i Włochami. Tym samym, wcześniejsze rozwiązania jakie zaaplikowano Grecji nie będą wstanie sprawdzić się w dłuższym okresie w stosunku do pozostałych krajów. Po pierwsze, nie było by stać Europy na finansowanie kolejnych pakietów pomocowych w długim terminie, a co i tak nie dało by gwarancji, że plan ten zakończyłby się sukcesem, wpadając w coraz głębszy korkociąg. Po drugie, w cały ten precedens został „wciągnięty” Europejski Bank Centralny, który skupuje złe obligacje przy równoczesnym finansowaniu deficytu, a co nie może trwać w nieskończoność (pomijając fakt, że zajmuje się nieuprawnionymi zadaniami). Jak tak dalej pójdzie to z każdym dniem ryzyko rozpadu Strefy Euro będzie większe – jeżeli zakładając hipotetycznie, że pierwszym krajem będzie Grecja, to w kolejce mogą być kolejne zadłużone kraje. W początkowej fazie Strefa Euro składałaby się wyłącznie z bogatych i stabilnych gospodarczo państw, co automatycznie przełożyłoby się na aprecjację waluty i spadek konkurencyjności gospodarki, doprowadzając ostatecznie w krótkim okresie do zapaści, tworząc tym samym błędne koło. Oczywiście, opisany scenariusz jest wręcz aż szokujący do zrealizowania, jednakże przy obecnej światowej koniunkturze i niepewności na rynkach kapitałowych, każdy scenariusz jest dziś możliwy. Problem fiskalny krajów Strefy Euro niepokoi również inne regiony naszego globu, z Stanami Zjednoczonymi i Chinami (wyrazili chęć na sfinansowanie włoskiego długu) na czele, czego dobitnym przykładem jest pierwsza w historii wizyta amerykańskiego sekretarza skarbu na nieformalnym spotkaniu ministrów finansów Unii Europejskiej we Wrocławiu. Timothy Geithner skrytykował przede wszystkim opieszałość i niezdecydowanie europejskich polityków w podejmowaniu działań antykryzysowych oraz brak wspólnej polityki z Europejskim Bankiem Centralnym w ratowaniu zadłużonych krajów. Ponadto, ze strony Amerykanów pojawiły się propozycje zwiększenia możliwości Europejskiego Funduszu Stabilności Finansowej, coś na wzór amerykańskiego programu TALF, którego zadaniem było by zabezpieczenie miliardów euro dla zakupów obligacji krajów zadłużonych dokonywanych przez Europejski Bank Centralny. Niestety, ale przed całą gospodarką europejską bardzo trudny okres..

Pierwotnie tekst został opublikowany na stronie http://www.mojeopinie.pl

Komentarze (3)
Europa i świat na skraju kolejnego kryzysu finansowego
 Oceń wpis
   

Niestety, ale z każdym dniem Stary Kontynent przypomina mi Titanica, który zmierza na swoją „górę lodową”, a uściślając, jestem ciekaw jak jeszcze długo Unia Europejska i główne instytucje finansowe świata będą udawać, że dług Grecji, Hiszpanii, Portugalii a teraz Włoch to przejściowe problemy i z pomocą kolejnych już pakietów pomocowych uda się wszystko ponownie wyprostować (miliardów euro pompowanych na kupowanie czasu, którego tak naprawdę nie mamy). Nie minęły jeszcze do końca zawirowania wywołane ostatnim kryzysem finansowym, a od kilku miesięcy słyszymy o kolejnych kraju w Strefie Euro, ostatni hit to Włochy, które mają problemy w regulowaniu swoich zobowiązań i tak naprawdę nikt nie ma pojęcia jak wyjść z tej patowej sytuacji, co wróży w moim przekonaniu kolejnym poważnym kryzysem finansowym. Tak więc Europo, czas w końcu dojrzeć do poważanych decyzji, nawet jeżeli będą się one wiązały z kontrolowanym bankructwem niektórych krajów Strefy Euro.

Po Grecji czas….na Włochy

Temat Grecji uważam za zamknięty, ponieważ jak pisałem w mojej ostatniej publikacji, kolejne miliardy euro na ratowanie kraju „Bogów” to tylko nic innego jak wyrzucanie pieniędzy w błoto. Nie chodzi o to, że nie należy pomagać potrzebującym, ale w przypadku Grecji bardziej potrzebna jest zmiana mentalności samych Greków, kraju którym z roku na rok coraz mniej się pracuje, a jest coraz więcej przywilejów i zabezpieczeń wygodnego i beztroskiego życia. Dodatkowo zapowiadana wielka prywatyzacja przez rząd w Atenach stoi pod jednym wielkim znakiem zapytania, dlatego jakoś nie mogę sobie wyobrazić spłaty wszelkich zobowiązań finansowych przez greków i moim zdaniem jedynym najrozsądniejszym  rozwiązaniem jest właśnie kontrolowane bankructwo tego kraju. 

Jednak większym zmartwieniem Unii Europejskiej bardziej niż Grecja mogą się okazać Włochy, które są zobligowane do wykupu w najbliższych miesiącach obligacji wartych blisko 130 mld euro. Problem w tym, że znaczną cześć tej kwoty rząd w Rzymie będzie musiał pożyczyć na rynkach finansowych, co bezwątpienia przełoży się na wyższe koszty obsługi długu, a co w przekonaniu rynków wprowadzi Włochy w dalsze kłopoty finansowe. I mamy błędne koło, ponieważ w obawie o sytuacje we Włoszech, nastąpił już automatyczny wzrost oprocentowania włoskich obligacji, przekładając się na trudności w dostępie do wolnego kapitału. Z identyczną sytuacją mieliśmy wcześniej w przypadku Irlandii, a obecnie Grecji i Portugalii. I jeżeli dodamy do tego trzecią gospodarkę europejską z pakietem pomocowym wycenianym obecnie na około 600 mld euro, to można sobie już teraz wyobrazić w jak poważnych tarapatach jest Unia Europejska. Po raz pierwszy od 2008 roku, rentowność włoskich obligacji dziesięcioletnich przekroczyła pułap 5 proc. i kształtowała się na początku tego tygodnia na poziomie 5,6 proc., najwyższym od ponad dekady. Dużym problem w przypadku Włoch to także ogromne zadłużenie sięgające blisko 120 proc. produktu krajowego brutto (ok. 1,9 bln euro i jest to trzeci poziom na świecie po Stanach Zjednoczonych i Japonii) oraz bardzo niski poziom wzrostu gospodarczego. A już dziś wiadomo, że do końca 2013 roku potrzeby pożyczkowe rządu premiera Berlusconiego wyniosą bagatela 0,5 bln euro. I w tym momencie dochodzimy do sedna sprawy ponieważ jak to możliwe, że Włochy, trzecia gospodarka Europy bezkarnie, bez żadnej zdecydowanej kontroli i reakcji doprowadziła do takiego zadłużenia? Pytam się tutaj po co są kryteria Maastricht!? – widocznie chyba tylko po to, żeby można o nich poczytać w książkach! A jak słyszę do tego, że kraj ten był stawiany jako…wzór z przeprowadzanych reform dla krajów peryferyjnych Strefy Euro, to ja czegoś tutaj nie rozumiem i dziękuje za taki wzór do naśladowania! Dlatego też uważam, że scenariusz grecki w przypadku Włoch jest wielce możliwy, gdyż nie będą wstanie utrzymać obligacji na tak wysokim poziomie w perspektywie długoterminowej, a potrzeby gotówkowe są ogromne. Oliwy do ognia dolał również sam premier Włoch, który publicznie stwierdził, że obecny minister finansów (orędownik reform fiskalnych) nie „potrafi grać zespołowo” i „zachowuje się jakby był najmądrzejszy” co możne się wiązać z jego dymisją z zajmowanej funkcji, a który według rynków finansowych jest gwarantem kontynuowania reform i cięć wydatków. Nie podoba się to Berlusconiemu z jednej przyczyny – cięcia i zaciskanie pasa jest równoznaczne ze spadkiem popularności wśród obywateli (po ostatniej aferze bunga bunga nie wiem, czy jest jeszcze jakakolwiek poparcie). Sam zainteresowany stwierdził również, że prowadzony atak na jego osobę przez premiera zagraża nie tyle jemu, co przede wszystkim włoskim obligacjom i europejskiej walucie.

Z analitycznego punktu widzenia, temat Włoch „wypłynął” tak naprawdę jako rykoszet ciągłych problemów z Grecją i prowadzoną przez Europejski Bank Centralny polityką podwyższania stóp procentowych w celu zapobieżenia rosnącej inflacji. A nierozwiązane kłopoty Grecji i teraz Włoch, to kłopoty niemieckich i francuskich banków, co na inwestorów działa oczywiście jak czerwona płachta na byka. Oczywiście, w tym wszystkim, co się teraz dzieje wokół sytuacji we Włoszech i na europejskich rynkach kapitałowych jest też po części konsekwencją spekulacji wykorzystywanych przez cześć inwestorów, aczkolwiek o zadłużeniu Włochów nie wiemy od wczoraj, a czas ciągłego zamiatania długów krajów Strefy Euro pod dywan i udawanie, że wszystko jest w porządku właśnie minął. Proszę pamiętać też o tym, że po kolejne pieniądze prędzej czy później, raczej prędzej zgłosi się ponownie Portugalia i co raczej nieuniknione przeżywająca duże problemy gospodarcze Hiszpania. Jako sygnał alarmowy niech świadczy rentowność hiszpańskich obligacji dziesięcioletnich, które wzrosły w ostatnich dniach do rekordowego poziomu 6 procent. Sytuacja w Europie w kolejnych miesiącach będzie bardzo napięta i obawiam się, że w kolejnych kwartałach gospodarczo Stary Kontynent czekają poważne zawirowania.

Deprecjacja Euro, aprecjacja franka szwajcarskiego i problem dla…Polski

Zawirowania w Strefie Euro dają się we znaki również w Polsce, a w szczególności osobom które mają kredyty hipoteczne w szwajcarskiej walucie. Euro znajduje się na rekordowo niskim poziomie w stosunku do franka i nie widać perspektyw, żeby miało to ulec polepszeniu. Niestety tak już jest, że jeżeli pojawiają się niepokojące sygnały ze Strefy Euro, inwestorzy zagraniczni uciekają z kapitałem od euro i walut z Europy Środkowo –Wschodniej, w tym złotego (bezpośredni wpływ na naszą walutę mają przede wszystkim zawirowania na linii euro – waluta szwajcarska) na rzecz bezpieczniejszego franka (ostatnio też jena japońskiego). Aprecjacja szwajcarskiej waluty zagraża nie tylko osobom mającymi kredyt w tej walucie, ale również spadkowi konsumpcji wewnętrznej i inwestycjom prywatnym w naszym kraju, co automatycznie przełoży się na osłabienie dynamiki produktu krajowego brutto. W skrócie sytuacja wygląda tak, że wyższy kurs franka, to wyższe raty kredytów hipotecznych, co z kolei skutkuje mniejszymi wydatkami gospodarstw domowych a wpływa negatywnie na zyski przedsiębiorstw i ewentualne inwestycje. I mniej firmy sprzedają, tym mniej potrzeba ludzi do pracy i należy liczyć się ze wzrostem bezrobocia i koło się zamyka. Do tego dodając koniec inwestycji w ramach Euro 2012 i mniejsze wydatki publiczne na szeroko pojętą infrastrukturę przy ciągle utrzymującym się silnym franku szwajcarskim, to wszystko zwiastuje spowolnienie gospodarcze w naszym kraju (m.in. po raz kolejny NBP dokonał rewizji w dół swojej prognozy makroekonomicznej dla Polski). Przy obecnej sytuacji w Europie i niepewnych prognozach co dalej w przypadku innych krajów oraz pojawiających się negatywnych trendów na świecie (ciągłe problemy z długiem w USA czy z inflacja w Chinach), wzrost gospodarczy powyżej 4 proc. PKB w Polsce w tym i przyszłym roku można sobie raczej schować między bajki. Według specjalistów od rynków walutowych, w najbliższym czasie należy spodziewać się umacniania szwajcarskiej waluty, przy nie znacznych korektach, jednakże wszystko zależy od tego jak dalej będzie rozgrywała się sytuacja z Grecją i Włochami i napływających danych makroekonomicznych z innych regionów świata. Z drugiej strony mam nadzieje, że nastąpi szybka reakcja banku szwajcarskiego, ponieważ nawet dla samej Szwajcarii umacnianie się ich waluty dla tak małej gospodarki w dłuższej perspektywie jest zabójcze. W celu ratowania sytuacji (pośrednio też na rynkach walutowych) i przekonania rynki finansowe do racjonalnego podejścia, wypowiedziała się ostatnich dniach hiszpańska minister gospodarki Elena Salgado, której zdaniem zarówno Włochy jak i Hiszpania mają zdywersyfikowane i silne gospodarki, potrafiące sobie poradzić w trudnych sytuacjach. Jak widać, zapewnienia te niewiele pomogły, bo ludzie przestali już wierzyć w ciągłe zapewnienia polityków jak to jest dobrze i nie ma żadnego poważnego problemu.

Wszystkiemu winne są agencje ratingowe?

Na początku lipca bieżącego roku, firma ratingowa Moody`s Investors Service dokonała obniżki długoterminowego ratingu portugalskich obligacji rządowych do „śmieciowego” poziomu Ba2, podając główną przyczynę prawdopodobieństwo przyznania drugiego pakietu ratunkowego. Analitycy Moody`s uważają, że Portugalia nadal nie będzie wstanie pożyczać pieniędzy na rynkach finansowych jak wcześniej planowano w 2013 roku, co jednoznacznie świadczy o tym, że będzie niezbędna pomoc Unii Europejskiej. Publikacja ta wywołała wręcz oburzenie w całej Europie i po ostatnich wypowiedział czołowych europejskich polityków mam wrażenie, że winna za złą sytuację finansową na Starym Kontynencie należy właśnie obarczyć amerykańskie agencje za wywoływanie niepotrzebnej paniki. Według polityków, wyroki ferowane przez trzy najważniejsze światowe agencje ratingowe decydują niejednokrotnie o miliardach dolarów, które muszą zostać wydane przez poszczególne kraje na obsługę swojego długu.Warto tutaj przytoczyć słowa unijnej komisarz sprawiedliwości Pani Reding, która stwierdziła, że agencje Moody`s, Fitch i S&P (Moody`s i S&P odpowiadają blisko za 80 proc. rynku ratingowego)powinny zostać wręcz podzielone na ….mniejsze agencje, przez co nie mogły by decydować o losach światach i niszczyć Europy. Powiem szczerze, że takie słowa w ustach osoby na takim stanowisku są aż zatrważające. W tym momencie chciałbym zadać pytanie Pani Komisarz – czy wymienione amerykańskie instytucje są odpowiedzialne za życie ponad stan w Grecji, Portugalii czy we Włoszech? Czy to one kazały Włochom wywindować dług do poziomu 120 proc. PKB? Czasami mam wrażenie, że główni europejscy decydenci żyją w innym świecie gdyż to, że wywołana do tablicy Portugalia będzie potrzebowała kolejnego pakietu, wiadomo nie od dziś i nie jest żadna tajemnicą. Słaby wzrost gospodarczy, wysokie koszty obsługi swoich zobowiązań, zawirowania w Strefie Euro, brak zaufania na rynkach finansowych do ich kraju to wszystko powoduje, że Portugalia nie da sobie sama rady. A to, że Moody`s dokonał obniżki ratingu, to jest sygnał, z punktu widzenia inwestora, że papiery skarbowe Portugali są rentowne (ok. 7 proc.), aczkolwiek obarczone bardzo wysokim ryzykiem. Podobnie miała się sytuacja w przypadku Grecji, kiedy również został obniżony rating do poziomu „śmieciowego” i zarówno w tym jak i portugalskim przypadku nie widzę próby umyślnego działania. Ba…powiedziałbym nawet, że są to jedne z nielicznych organizacji które mówią wprost jaka jest obecnie sytuacja finansowa jednego czy drugiego kraju i z czym powinien się liczyć potencjalny kupiec obligacji skarbowych. A to, że wielu prominentnym politykom czy poszczególnym krajom jest nie na rękę, bo nadal według nich da się wszystko naprawić, to już ich problem i bardziej powinni się skupić na jak najszybszym naprawieniu finansów publicznych, a nie szukaniu winnych swojej sytuacji pośród innych. Oczywiście, nie mówię że agencje ratingowe mają zawsze rację, również ich decyzje są czasami zbyt pochopne, krótkowzroczne (może polityczne?) i nie do końca mają odbicie w rzeczywistości (czyt. sytuacja z Lehman Brothers), ale akurat w przypadku w/w krajów nie można zaciemniać sytuacji, skoro jako analityk widzę, że nie ma przysłowiowego światełka w tunelu do zdecydowanej poprawy. Przykład Grecji tutaj jest odpowiedni, ponieważ kreatywną księgowość jaką ten kraj prowadził przez lata i jakim „zaufaniem” darzyła ją Unia Europejska świadczy o tym, że agencje ratingowe są bardzo potrzebne.

Komisja Europejska chce z kolei powołania „niezależnych” europejskich i azjatyckich agencji ratingowych, które mają być przeciwwagą dla amerykańskiej trójcy. Komisja twierdzi, że prywatne agencje nie są w pełni niezależne i nie odpowiada jej sposób, w jaki wyceniają ryzyko kredytowe borykających się z kryzysem państw Starego Kontynentu. Aczkolwiek, ogólnie nie ma pomysłu w jaki sposób powinna być utworzona własna agencja ratingowa – wstępne założenia i propozycje mówią jedynie, że pieczęć na tym powinien objąć Eurostat wyposażony w dodatkowe uprawnienia. Moim zdaniem same przygotowanie ratingu to nie problem ale większym wyzwaniem będzie weryfikacja tych danych, ponieważ po historii z Grecją muszą zmienić się przepisy które dadzą większe pole manewru w kontroli danych finansowych czy to Komisji Europejskiej czy przyszłej nowo utworzonej agencji ratingowej.

Pierwotnie tekst został opublikowany na stronie http://www.mojeopinie.pl

Komentarze (1)
Grecja, kraj „bogów i oliwek” bankrutem
 Oceń wpis
   

Chociaż wielu ma ciągle nadzieje, że uda się uratować tonący „statek zwany Grecją”, w moim przekonaniu jest to już tylko usilne utrzymywanie kraju, który od kilku miesięcy nie jest wstanie spłacić swoich długów i tym bardziej pozyskiwać nowy kapitał na rynkach finansowych. W mojej opinii, jedynym chyba najbardziej sensownym rozwiązaniem jest w tym momencie restrukturyzacja tego długu poprzez zamianę starych obligacji na nowe, z dłuższym terminem zapadalności. Jakiekolwiek dalsze próby pompowania kolejnych miliardów euro przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy czy Unie Europejską to tylko sztuczne podtrzymywania Greków w stanie agonii, którzy i tak nie będą wstanie ich spłacić przez kolejne lata.

Grecja wiarygodna jak Kuba, lecą ratingi kredytowe

Według Standard & Poor`s Ratings Services, która to obniżyła długoterminową wiarygodność kredytową Grecji o trzy poziomy (z poziomu ‘B’ do ‘CCC’ zwany również poziomem „śmieciowym”), to obecnie kraj o najniższym ratingu kredytowym na świecie z dużym prawdopodobieństwem restrukturyzacji jego długu i uznaniem kraju za niewypłacalny (poziom ‘SD’). Przeciwnym krokiem było pozostawienie natomiast perspektywy krótkoterminowej na poziomie ‘C’, jednakże możliwość obniżenia do ratingu ‘D’ będzie oznaczało nic innego jak to, że kraj ten nie posiada już zdolności płatniczej i kredytowej. Agencja S&P zaznaczyła również, że długoterminowa perspektywa jest wciąż negatywna i na przestrzeni najbliższego1,5 roku jest możliwość dalszego obniżenia ratingu. Kolejną agencją ratingową, która dokonała obniżenia (notabene już po raz piąty) wiarygodności kredytowej z poziomu ‘B1’ do ‘Caa1’(ocena 17 w skali 21-stopniowej) jest Moody`s, który taką decyzją porównał Grecje do Kuby. Zarówno w przekonaniu S&P jak i Moody`s, główne zarzuty wobec Grecji to wzrost czynników ryzyka związanych z pakietem ratunkowym i problemy z ustabilizowaniem finansów publicznych pomimo 110 mld euro otrzymanych od MFW i UE (Grecja otrzymała w maju zeszłego roku gwarancje 110 mld euro pożyczki rozłożonych na trzy lata, z czego otrzymała już blisko 53 mld euro, a kolejne 12 mld powinno być wypłacone w lipcu), a według wielu ekonomistów, rząd w Atenach potrzebuje przynajmniej kolejnych 30 mld euro pomocy. Oceny wiarygodności kredytowej nie pozostały bez odzewu samych zainteresowanych, którzy zarzucają agencjom ratingowym, że w swoich analizach nie wzięły pod uwagę starań greckiego ministerstwa finansów w walce z obniżeniem zadłużenia. Jak to ładnie oświadczyło ministerstwo finansów, agencja S&P nie uwzględniła „woli Greków do planowania przyszłości wewnątrz strefy euro”. Rentowność 10 – letnich greckich obligacji w ostatnim czasie wzrosła o 12 punktów bazowych do 16,28 proc. (porusza się w przeciwnym kierunku w stosunku do ceny), aczkolwiek jeszcze im daleko do poziomu chociażby z zeszłego maja. A jako ciekawostkę podam, że ubezpieczenie obligacji greckich jest na chwilę obecną prawie dwukrotnie droższe niż np. pakistańskich.

Grecja „for sale”

Kraj słynący z „oliwek” zamierza sprzedać i/lub wydzierżawić ziemię (bardziej wydzierżawić na 30-40 lat ze względu na sprzeciw społeczeństwa na sprzedaż gruntów państwowych) i nieruchomości na kwotę blisko 30 mld euro (MFW szacuje z kolei na 15 mld euro) koordynowane przez Narodowy Bank Grecji, które w całości mają zostać przeznaczone na pokrycie kosztów obsługi długów. Problemem z kolei może być popyt na tego typu obiekty, ponieważ po ostatnim kryzysie finansowym wielu inwestorów zagranicznych wstrzymało się z podejmowaniem tego typu inwestycji, co dobrze nie wróży na taką formę pozyskania kapitału w przyszłości. Jednakże na listę sprzedażową zostały wystawione takie obiekty jak np. udziały w Regency Casino Mont Parnes mieszczący się w parku narodowym na górze Pernita czy luksusowy ośrodek wypoczynkowy na wyspie Rodos. Greccy zamierzają znaleźć również nabywców na państwowe udziały w ateńskim lotnisku oraz portach morskich w podstołecznym Pireusie i Salonikach. Na chętnych czekają też działki, z których znaczna cześć przylega do morza, co ma przyciągnąć potencjalnych kupców skorych do budowy kompleksów mieszkaniowo – rekreacyjnych i odsprzedaży koncesji. Kto ma wystarczająco pieniędzy może pokusić się na….cześć koszar greckich sił zbrojnych lub cześć obiektów olimpijskich, które do dziś nie znalazły potencjalnych nabywców i dzierżawców. Jedyna nadzieją dla mieszkańców Hellady pozostają jedynie zagraniczni inwestorzy, ponieważ obecny kryzys finansowy jaki trwa w Grecji do dziś i życie ponad stan spowodowało, że nie są wstanie sami wspomóc swój kraj.

Niemcy na ratunek Grekom

Nie ma się czemu dziwić, że nasz zachodni sąsiad jest gotowy po raz kolejny pomóc rządzącym w Atenach, gdyż są w dalszym ciągu ich największym kredytodawcą. Według najnowszego raportu Banku Rozliczeń Międzynarodowych, to właśnie banki niemieckie z pośród zagranicznych inwestorów posiadają najwięcej greckich obligacji wartych blisko 23 mld dolarów. Drugim najważniejszym państwem finansującym Greków jest Francja, a dokładnie banki francuskie, których należności sięgają około 15 mld dolarów, aczkolwiek łączna suma pożyczek udzielona przez kraj z nad Sekwany sięga już blisko 57 mld dolarów. Dlatego też, na Niemcy i Francje przypada łącznie 69 proc. papierów dłużnych greckiego rządu wykupionych przez banki, a łączna ilość greckich obligacji w rękach zagranicznych inwestorów jest wyceniana na 215 mld euro.

Najnowszy niemiecki plan ratowania greckie finanse publiczne zakłada, że obciążone kosztami zostałyby również instytucje prywatne, które wziąłby na siebie około 35 mld euro z nowego planu ratunkowego Unii Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Niemcy zaproponowali również eurolandowi, by zachodnie banki mogły zamienić cześć posiadanych przez siebie obligacji na nowe papiery skarbowe z terminem zapadalności za siedem lat (wartość i oprocentowanie pozostało by bez zmian), co pozwoliło by zmniejszyć wartość kredytów z nowego programu pomocowego do kwoty 55 mld euro. Z propozycją tą nie zgadza się Europejski Bank Centralny, który nadal jest przekonany, że restrukturyzacja zostanie źle przyjęta przez rynek, co będzie skutkowało dalszym obniżaniem wiarygodności kredytowej Grecji oraz może „zarazić” kolejne kraje jak Portugali czy Irlandia przezywające podobne problemy. Dlatego też, według słów prezesa EBC, Jean - Claude Tricheta, najlepszym rozwiązaniem będzie zachęcanie obecnych wierzycieli do kupowania nowych obligacji. A żeby nie kreować wizerunku „przymusowego” kupna, obecni posiadacze papierów skarbowych dokonywali by kolejnych zakupów w chwili, kiedy przypada dzień wykupu. Ma to dać jasny sygnał szczególnie agencjom ratingowych, które mogły by uznać taki krok za częściową niewypłacalność i tylko na chwile obniżyć rating – ale musi być to jasny i czytelny znak, że cała UE jest zjednoczona w walce z greckim kryzysem. Przy okazji kryzys grecki otworzył też oczy na świat całej Strefie Euro, że wcale nie jest tak różowo jak się niejednym wydawało. Przede wszystkim obecny mechanizm nadzoru nad finansami publicznymi w moim przekonaniu….to jedna wielka fikcja, tzw. środki dyscyplinujące dane państwo powinno odczuwać już w momencie pojawienia się pierwszych symptomów kryzysu w finansach publicznych, a nie jak obecnie…kiedy jest już po wszystkim. Kolejny problem, to tak naprawdę brak mechanizmów w przypadku naruszenia bezpiecznego poziomu deficytu i długu publicznego i możliwości zamortyzowania tego szoku np. na rynkach finansowych. W moim przekonaniu nie ma też bezwzględnych instrumentów dyscyplinujących kraje ze strefy euro, jeżeli przekroczą założenia kryteriów z Maastricht, szczególnie dotyczącego stabilności finansów sektora instytucji rządowych i samorządowych (deficyt przekraczający 3% produktu krajowego brutto lub relacja zadłużenia publicznego do PKB przekracza 60%). Brak zdecydowania działania w Brukseli powoduje, że później mamy tego skutki na przykładzie Grecji, Portugali, Irlandii …

Władza tnie wydatki, Grecy strajkują

Podczas ostatniego telewizyjnego wystąpienia, premier rządu w Atenach wezwał wszystkie partie polityczne do programu oszczędnościowego zatwierdzonego przez jego socjalistyczny rząd. Program oszczędnościowy zakłada m.in. redukcję funduszu wynagrodzeń dla pracowników sektora publicznego, zamknięcie państwowych przedsiębiorstw, prywatyzacja na olbrzymią skalę, zamrożenie państwowych emerytur, podniesienie podatku VAT czy wzrost akcyzy na paliwa, alkohol oraz tytoń. Dzięki cięciom Grecja ma zaoszczędzić całościowo 78 mld euro do końca 2015 roku oraz poprzez dodatkowe wpływy z podatków, a na wskutek nacisków Komisji Europejskiej i międzynarodowych partnerów finansowych zobowiązała się do obniżenia swojego deficytu budżetowego z 12,7 proc. w 2010 roku do 8,7 proc. w roku obecnym. Natomiast według majowych prognoz Komisji Europejskiej, deficyt finansów publicznych Grecji wyniesie w tym roku 9,5 proc. PKB, dług publiczny wzrośnie do 157,7 proc. produktu krajowego brutto w tym roku (do 166,1 proc. w 2012 r.), natomiast gospodarka skurczy się o 3,5 proc. PKB. Tutaj trzeba zaznaczyć, że wymagane przez MFW cięcia w płacach czy podwyżki podatków będą bardzo kosztowne społecznie i ekonomicznie i będą wpływać na hamowanie wzrostu gospodarczego, co jest kolejnym czynnikiem dającym obawy przed w miarę szybkim wyjściem greckiej gospodarki na prostą.

Za planem oszczędnościowym poza częścią parlamentarzystów opowiadają się również sami Grecy, którzy nie chcą dopuścić do przyjęcia tego programu. W bieżącym tygodniu odbywają się równolegle z szukaniem rozwiązania finansowego dla Grecji generalne strajki związków zawodowych, którzy pikietują na głównym placu stolicy Aten (i toczą bitwę z policją) domagając się wstrzymania prac nad budżetem centralnym na lata 2012-2015. A plan protestujących jest bardzo prosty, tzn. otoczyć parlament i nie spuścić do środka deputowanych wstrzymując tym samym jego prace. Protestują przede wszystkim związkowcy z dwóch największych organizacji pracowniczych z sektora publicznego ADEDY i prywatnego GSEE. W związku z tym cały kraj jest sparaliżowany m.in. poprzez zamknięcie placówek handlowych, banków i instytucji finansowych, szpitale pracują jedynie na ostrym dyżurze, prace wstrzymały telewizje czy rozgłośnie radiowe oraz szeroko pojęta infrastruktura morska. Jedynym wyjątkiem są kontrolerzy ruchu lotniczego, którzy ze względu na okres wakacyjny i przez to wzmożony ruch turystyczny postanowili w ostatniej chwili odstąpić od zaprzestania świadczenia pracy.

Jaka przyszłość czeka mieszkańców Hellady?

Pewne jest jedno – bez pomocy z zewnątrz Grecja nie będzie wstanie się odrodzić! Tak jak nadmieniłem na początku artykułu, w moim przekonaniu najlepszym wyjście z tej sytuacji byłaby restrukturyzacja długu pod silnym nadzorem UE i jej partnerów finansowych. Ale jest też druga strona medalu – jeżeli nastąpi to w gwałtowny sposób, bez porozumienia z Brukselą i zainteresowanymi instytucjami, to grozi nam krach. Wątpię, żeby ktokolwiek jeszcze pożyczył Grekom jakiekolwiek pieniądze, a skutkiem tego była by aprecjacja waluty europejskiej i wzrost oprocentowania obligacji, co jeszcze bardziej dobiło by już nie tylko Greków, ale również Hiszpanów, Portugalczyków czy nawet Irlandczyków. Najlepsze rozwiązanie to jak już wcześniej wspomniałem tzw. przeprofilowanie długu, czyli porozumienie pomiędzy inwestorami w sprawie zamiany obecnych obligacji na obligacje z wydłużonymi terminami płatności, bez zmian wysokości kapitału i oprocentowania. Dlatego restrukturyzacji mówię „TAK”, aczkolwiek w taki sposób, żeby zminimalizować negatywne skutki na rynkach finansowych, żeby nie wywołać jeszcze większego kryzysu. Największą katastrofą może być jednak ogłoszenie przez Grecje niewypłacalności przy równoczesnym wstrzymaniu przez MFW wypłaty kolejnych transz udzielonej pomocy. W tym momencie najbardziej ucierpiały by banki zagraniczne, które „utopiłyby” w greckie obligacje miliardy euro. Taki czarny scenariusz to również zła wiadomość dla Portugali czy Irlandii, które raczej mogły by już zapomnieć o pozyskaniu funduszy na światowych rynkach finansowych, bo nikt o „zdrowych zmysłach” nie pożyczy pieniędzy komuś, kto z dużym prawdopodobieństwem ich nie zwróci. To z kolei jak kula śniegowa spowodowałoby ogromne problemy w całej Strefie Euro z ogromnym kryzysem finansowym i powrotem recesji gospodarczej na Starym Kontynencie. 

Reasumując, przed Grecją jest bardzo ciężki czas i niezależnie od tego, jaka decyzja zostanie podjęta co do przyszłego rozwiązania ich zadłużenia i wyjścia z tego kryzysu, czekają ich lata wyrzeczeń. Jedyną nadzieją w obecnej sytuacji, nawet w przypadku najczarniejszego scenariusza z bankructwem kraju na czele, przykłady innych krajów np. Argentyny pokazują, że możliwość powrotu z powodzeniem na rynki finansowe jest wielce prawdopodobne.

Pierwotnie tekst został opublikowany na stronie http://www.mojeopinie.pl

Komentarze (1)
Kolejna bomba finansowa na Półwyspie Iberyjskim?
 Oceń wpis
   

Po niedawnych problemach Grecji i Irlandii, to właśnie kraje znad Półwyspu Iberyjskiego czyli Hiszpania i Portugalia są wymieniane jako następni w kolejce, którzy będą zmuszeni prosić Unie Europejską i Międzynarodowy Fundusz Walutowy o pomoc finansową w celu ratowania swoich finansów publicznych. Głównymi i najważniejszymi przyczynami problemów ekonomicznych w tych krajach, podobnie jak u ich poprzedników, jest ciągle utrzymujący się zbyt niski wzrost gospodarczy, rosnący deficyt budżetowy i dług publiczny oraz nade wszystko wysoki poziom bezrobocia. Z drugiej strony, rządy obu państw przekonują cały czas rynki finansowe, że zdołają uniknąć pomocy finansowej, a ratunkiem mają stać się programy oszczędnościowe w finansach publicznych jakie zostały do tej pory wprowadzone i zostaną wprowadzone w 2011 roku. Trzeba także uczciwie przyznać, że Portugalia i Hiszpania nie mają co prawda aż tak poważnych problemów jak wymienione wcześniej Grecja i Irlandia, jednakże koszty obsługi zadłużenia są w ich przypadku bardzo wysokie, co przekłada się bezpośrednio na deficyt budżetowy i z każdym dniem widmo bankructwa staje się coraz bardziej realne. I jeżeli dojdzie do takiej sytuacji, to Europa może tego nie przetrwać… 

Wybrane dane makroekonomiczne z gospodarki Hiszpanii i Portugali

Hiszpania

Według hiszpańskiego urzędu statystycznego, w III kwartale b.r. gospodarka Hiszpanii w ujęciu kwartalnym pozostała w stagnacji, ze wzrostem na poziomie 0,0 proc., natomiast w skali roku, wzrost piątej gospodarki europejskiej ukształtował się na poziomie jedynie 0,2 proc., co pokazuje, że kondycja gospodarki jest w bardzo kiepskim stanie. Powody takiego stanu rzeczy to oszczędności, jakie rząd premiera Zapatero wprowadził w celu ratowania kasy publicznej przed szybkim narastaniem i tak już wysokiego deficytu i długu publicznego. Rządowe, optymistyczne! prognozy zakładają zmniejszenie deficytu z 11,1 proc. produktu krajowego brutto w 2009 do 6,0 proc. PKB w 2011 i poniżej 3,0 proc. PKB (spełniając jedno z kryterium z Maastricht) do 2013 roku. Z kolei według prognoz produktu krajowego brutto w ujęciu rocznym, w tym roku odnotuje spadek na poziomie 0,3 proc., wobec spadku o 3,7 proc. w 2009, po prognozowany wzrost gospodarczy o 1,3 proc. PKB w 2011 roku.

Do najbardziej negatywnych zjawisk w gospodarce należy ciągle utrzymujący się wysoki poziom wskaźnika bezrobocia, co automatycznie przekłada się na spadek popytu wewnętrznego, zapaść w sektorze budowlanym i na rynku nieruchomości, czyli najważniejszych gałęziach gospodarki. Obecnie liczba bezrobotnych jest na poziomie 4 mln osób, co ze wskaźnikiem około 20,8 proc. plasuje ten kraj na pozycji niechlubnego lidera w całej Unii Europejskiej. I tutaj koło się zamyka, ponieważ poprzez wysokie bezrobocie, reszta pracujących Hiszpanów rezygnuje z wydawania pieniędzy, nie napędzają  gospodarki poprzez nowe zakupy m.in. samochodów, sprzętu AGD i RTV, domów czy mieszkań, a przy słabym wzroście gospodarczym nie ma tym samym żadnych realnych szans na kreowanie nowych miejsc pracy. Obecnie, chyba jedną z ostatnich nadziei dla Hiszpanów na pobudzenie koniunktury jest branża turystyczna i miliardy euro jakimi zasilą turyści hiszpańską gospodarkę, dając nowe miejsca pracy ich obywatelom.

Portugalia

Na koniec III kwartału 2010 wzrost gospodarczy był na zaskakująco wysokim poziomie wynosząc 1,5 proc. produktu krajowego brutto w ujęciu rocznym, co jednak jest wielce pewne, nie uchroni Portugalii przed przyszłoroczną recesją. Jednocześnie portugalski parlament zatwierdził ostatnio budżet oszczędnościowy na przyszły rok, który zakłada cięcia świadczeń socjalnych i płac w administracji publicznej oraz podniesienie podatków, przez co rząd w Lizbonie chce zapobiec jeszcze większym problemom związanym z zadłużeniem w kasie publicznej. Tak naprawdę nie było innego wyjścia i nadal nie ma innego rozwiązania dla portugalskich problemów finansowych, gdyż poprzez niski wzrost gospodarczy i wysoki dług publiczny grozi m.in. obniżeniem raitingu Portugalii firma Standard & Poors, jeżeli w krótkim horyzoncie czasowym nie nastąpi widoczna poprawa. Rentowność obligacji dziesięcioletnich kształtuje się obecnie na poziomie 6,8 proc. co plasuje je pod tym względem na trzecim miejscu w strefie euro po greckich (11,6 proc.) i irlandzkich (ok. 8 proc). Z kolei oprocentowanie portugalskich obligacji zwiększyło się do 5,7 proc., najwięcej od kiedy przyjęła euro, czyli daje to blisko tyle, ile Irlandczycy zapłacą Unii Europejskiej za udzieloną pomoc (5,8 proc) oraz niewiele więcej niż Grecy (5,2 proc). Obecny długoterminowy raiting Portugalii w ocenie S&P jest na poziomie A minus, jednakże według prognoz gospodarczych na przyszły rok, gdy produkt krajowy brutto obniży się o blisko 2 procent, a dług publiczny osiągnie 88,8 proc. PKB, ocena na pewno będzie niższa. Projekt budżetu na 2011 rok przewiduje również, iż na skutek działań oszczędnościowych, wzrost gospodarczy zmniejszy się w porównaniu z bieżącym rokiem z 1,3 proc. do 0,2 proc. produktu krajowego brutto, i co tak jest moim zdaniem założeniem nade optymistycznym. Deficyt przyszłorocznego budżetu ustalono na poziomie 4,6 proc. PKB, podczas gdy w 2010 roku wyniesie on około 7,3 proc. w wyniku chociażby podniesienia podatku VAT o 2 punkty procentowe do 23 proc.

Hiszpania nad przepaścią bankructwa?

Według słów premiera Hiszpanii Jose Louis Rodriguez Zapatero, w przyszłym roku nie należy oczekiwać nowych cięć budżetowych ponieważ takowe zostały wdrożone już blisko pół roku temu. Pakiet oszczędnościowy jaki został wprowadzony przez rząd w Madrycie był na poziomie 15 mld euro, żeby uniknąć sytuacji jaka miała miejsce w Grecji. Główna reforma dotknęła rynku pracy i krajowego systemu bankowego, co zostało odebrane przez rynki finansowe za dobrą oznakę i tym samym uchroniło Hiszpanie przez jeszcze droższym płaceniem za swoje obligacje. Rząd zawiesił dziesiątki projektów inwestycyjnych obejmujące najważniejsze gałęzie gospodarki – rozbudowa sieci autostrad i kolei dużych prędkości, obniżono wynagrodzenia dla pracowników sektora publicznego i budżetówki. Jednocześnie rząd hiszpański wprowadził na początku grudnia b.r. nowe reformy antykryzysowe, których głównym celem jest ożywienie gospodarki poprzez zwiększenie inwestycji i powstaniem nowych miejsc pracy, czemu uda się zaoszczędzić kolejne 14 mld euro, co w całości będzie można przeznaczyć na dalsze zredukowanie deficytu w kasie publicznej. W planie reform zapisane jest obniżenie podatków dla małych i średnich przedsiębiorstw poprzez uproszczenie procedur i zmniejszenie kosztów rejestracji nowych firm, zniesienie zapomogi dla bezrobotnych, którzy wcześniej stracili już prawo do zasiłku, czy częściowa prywatyzacja lotnisk (w 49 procentach) oraz państwowej loterii (w 30 procentach, co rocznie daje sprzedaży losów z loterii na poziomie 12 mld euro). Warto tutaj jednak wspomnieć, że w przyszłym roku rząd w Madrycie będzie musiał wprowadzić reformy emerytalne, wykazując oszczędności w obrębie całego systemu emerytalnego, ale nie oznacza to i warto tutaj o tym wspomnieć, że obniżka emerytur będzie nieuchronna.  

Realizując politykę oszczędności i stabilizacji finansów publicznych, rząd hiszpański chce przekonać inwestorów i cały świat finansów, że Hiszpania zdoła utrzymać się w ryzach deficytu budżetowego i w przeciwieństwie do chociażby obecnej sytuacji w Irlandii, nie skorzysta z unijnej pomocy. Wyraz takiemu stanu rzeczy i przywrócenia ponownego zaufania pośród inwestorów widać na rynku hiszpańskich papierów dłużnych, gdzie popyt w ostatnich tygodniach na obligacje długoterminowe wartych 3,6 mld euro okazał się nadspodziewanie solidny. Innego zdania są natomiast europejscy politycy, którzy już przygotowują się na bankructwo zarówno Hiszpanii jak i … Portugalii. Podczas grudniowego spotkania ministrów finansów państw Eurolandu w Brukseli, omawiano zwiększenie środków jakimi może dysponować Europejski Mechanizm Stabilizujący, które mają być w części bezpośrednio przeznaczone na ratowanie Hiszpanii.

Grecja, Irlandia i…. Portugalia?

Po problemach na Zielonej Wyspie, to teraz Portugalia jest numer jeden wśród unijnych polityków na liście przyszłych bankrutów, ze względu na olbrzymie niedobory w kasie publicznej. Przyczyną obecnego stanu rzeczy jest nieodpowiedzialna polityka gospodarcza prowadzona przez portugalskie władze, można śmiało powiedzie, że sami wbili sobie gwóźdź do trumny, podejmując w ostatnich latach decyzje o stymulacji gospodarki. Podniesione zostały ulgi budowlane dla osób prywatnych, obniżony został CIT poniżej niektórych progów podatkowych, wydłużono okres zwolnienia z podatku od nieruchomości z jednoczesnym zmniejszeniem jego wysokości. Takie decyzje to istny raj dla przedsiębiorców, jednakże łącznie z wszystkimi reformami przyszły jeszcze większe wydatki socjalne, co przy małej konkurencyjności gospodarki, przełożyło się bezpośrednio na spadek produktywności czynnika pracy. Pomimo kroków jakie rząd w Lizbonie w ostatnim czasie podjął dla ratowania finansów publicznych, zatwierdzając budżet na czas kryzysu w połączeniu ze zmniejszeniem deficytu budżetowego, dla Brukseli to wciąż za mało, by nie powtórzył się los Irlandii. Przedmiotem obaw jest również to, czy Portugalia będzie w stanie osiągnąć na tyle wystarczający wzrost gospodarczy w następnych latach, aby móc obsługiwać swoje zadłużenie i spełnić założenia przyjęte w budżecie na 2011 rok. Problemem jest także to, że w ostatnich latach gospodarka Portugalii rosła bardzo wolno – ok. 1 proc. rocznie, oraz pojawiający się ciągle aspekt polityczny w postaci mniejszościowego rządu, który nie zapewnia państwu odpowiedniej stabilizacji. Tak naprawdę problem portugalski zaczął się od momentu ich przystąpienia do strefy euro, gdyż od tamtego czasu nie są wstanie wygenerować tak silnego wzrostu gospodarczego, który pozwoliłby im na w miarę bezbolesne obniżanie zadłużenia. Portugalia przespała rozszerzenie UE i podnoszenie się konkurencyjności rynków wschodzących, a głównym ich atutem wtedy były niskie koszty produkcji, które obecnie przeszły do historii. Nie ukrywają tego sami politycy, z portugalskim ministrem finansów na czele, który sam ostrzega że prawdopodobieństwo zwrócenia się do Unii Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego o pomoc w celu dopięcia budżetu jest wielce prawdopodobny. Są nawet opinie wśród portugalskiego rządu, że ze względu na trudną sytuację ekonomiczną kraj ich może zostać usunięty ze strefy euro, co w mojej opinii, takie wypowiedzi to nic innego jak dolewanie oliwy do ognia, podgrzewając jeszcze bardziej atmosferę na rynkach finansowych.

O zwrócenie się już teraz rządu w Lizbonie o międzynarodową pomoc finansową apeluje również…noblista amerykański Nouriel Roubini, który przewidział m.in. kryzys światowy w 2008 roku, gdyż w jego opinii Portugalia doszła już do takiego punktu krytycznego, że nie w stanie przekonać rynków, że da sama sobie rade bez pomocy z zewnątrz. Innego zdania są - niemiecki minister finansów Wolfgang Schauble i jego odpowiedniczka w Paryżu Christine Lagarde, którzy oceniają, że obecne plany oszczędnościowe wprowadzone przez portugalski rząd są wystarczające aby móc uchronić ich przez aplikowaniem o pomoc finansową. Paradoksem jest również to, że takie kraje jak Portugalia i Hiszpania, państwa rozwinięte, ponoszą koszty obsługi swojego długu na podobnym poziomie jak chociażby Rumunia czy Pakistan. Dlatego też, jeżeli w najbliższym czasie nie dojdzie do sytuacji takiej, że oprocentowanie portugalskich obligacji nie spadnie, będzie to oznaczało jednoznacznie, że ingerencja Unii Europejskiej i MFW będzie prawdopodobnie nieunikniona.Niepewność wokół Portugalii stawia również w niezwykle trudnej sytuacji tamtejsze banki, ponieważ po pierwsze nie są w stanie zdobyć potrzebnych funduszy na rynkach finansowych, a po drugie, portugalskie banki komercyjne utrzymują się na powierzchni dzięki specjalnej pomocy udzielanej im już przez Europejski Bank Centralny.

Co na to wszystko Europa…

Jeżeli po Grecji i Irlandii, do niechlubnego klubu krajów „przetrwałych” dzięki unijnej pomocy dołączy jeszcze Hiszpania i Portugalia (pojawiają się także informacje o kłopotach Włoch i Belgii), to Stary Kontynent stoi przed nie lada wyznawaniem. Już wielu ekonomistów wróży wręcz czarne scenariusze, że Europa może tego nie przetrwać, nie będąc w stanie wydobyć się przez długie lata z zapaści gospodarczej. Jak do tej pory udało się przetrwać problemy finansowe zarówno Grecji jak i Irlandii, ale nawet nie chcę sobie wyobrażać, co by się stało, gdyby rząd w Madrycie ogłosił właśnie, że nie ma z czego „żyć”. Jeżeli gospodarka grecka i irlandzka są nie wielkich „rozmiarów”, ba nawet dodając do nich gospodarkę Portugalii, to i tak Hiszpanie biją na głowę wszystkich razem wziętych swoją gospodarką dwukrotnie większą, co doprowadziło by całą Europę, łącznie z walutą euro na wiele miesięcy na bardzo wyboistą drogę.Dlatego też, takiemu stanu rzeczy ostro sprzeciwiają się największe europejskie mocarstwa – Niemcy i Francja. Najbardziej radykalną metodę przedstawił nasz zachodni sąsiad, który wręcz nalega na Unie Europejską, by nie zwiększać pakietów pomocowych, a wprowadzić procedury unijne dla…bankructwa najbardziej zadłużonych krajów wraz z propozycją zawieszania tych kraju w prawach, którzy łamią kryteria Maastricht. Jednocześnie rząd w Berlinie po wcześniejszych konsultacjach z Paryżem, chce ustalić zasady spłaty długów przez europejskich bankrutów. Wszystko tylko po to, by niemiecki pożyczki nie zamieniały się w darowizny. Z kolei podczas wspomnianego już wcześniej spotkania ministrów finansów w Brukseli, opracowano założenia do nowego unijnego funduszu stabilizacyjnego, który ma zostać wprowadzony w życie w 2013 roku, zakładając m.in. przejęcie części kosztów ratunku kraju w kłopotach przez prywatnych inwestorów. Jest również pomysł forsowany przez chociażby Portugalię czy Belgie za powołaniem europejskiej agencji emitującej bony skarbowe, czemu z kolei sprzeciwiają się zdecydowanie Niemcy, gdyż to właśnie Berlin musiałby płacić więcej za pozyskanie kapitału na rynkach finansowych, pogarszając tym samym ich konkurencyjność.

Swoje trzy grosze wtrąciła również Polska podczas niedawnego spotkania w Berlinie premiera Donalda Tuska z kanclerz Angelą Merkel, który zasugerował, żeby to Polska razem z Niemcami powinna wziąć odpowiedzialność na kryzys w Europie. O ile pod względem wzrostu gospodarczego nasz kraj jest przykładem dla innych, o tyle pod względem przeprowadzania reform w finansach publicznych, tym samym ratowania gospodarki przez bankructwem, tutaj premier Tusk mógłby najpierw zrobić porządne REFORMY na swoim podwórku niż doradzać i pouczać innych, bo jak tak dalej pójdzie, to niedługo my znajdziemy się po drugiej stronie barykady obok Irlandii, Grecji…

Pierwotnie tekst został opublikowany na stronie http://www.mojeopinie.pl

Komentarze (0)
Czy Irlandzki kryzys zagrozi poważnie Europie?
 Oceń wpis
   

Nie opadł jeszcze pył po greckim kryzysie finansowym, a mamy już kolejny, tym razem problem finansowy na Zielonej Wyspie, co nie jest zbytnim zdziwieniem, ponieważ od blisko roku jest mowa o potężnym zadłużeniu Irlandii i było tylko kwestią czasu, kiedy rząd irlandzki zwróci się o pomoc do Unii Europejskiej. Irlandia była krajem, w którym kryzys na rynku nieruchomości i bankowym wybuch z największą siłą w czasie pierwszej fali światowego kryzysu finansowego zrodzonego w USA, ale też był jednym z pierwszych, które podjęły działania aby go rozwiązać. Pomoc Irlandii zagwarantowała już oczywiście Unia Europejska i Międzynarodowy Fundusz Walutowy, uspokajając tym samym światowe rynki finansowe, ale w kolejce czaka prawdopodobnie następny kraj z problemami – Portugalia. Omówiony przykład Grecji czy Irlandii to także dobra lekcja dla Polski, która powinna jak najszybciej wyciągnąć wnioski i uczyć się na błędach innych, żeby podobny scenariusz nie powtórzył się u Nas. Oczywiście polscy politycy uważają, że trzymają rękę na pulsie, ale tak jeszcze niedawno powtarzano w Irlandii.

Sytuacja finansów publicznych w Irlandii

Irlandia wpadła w głębokie tarapaty głównie z powodu zapaści swojego mocno rozbudowanego systemu bankowego. Rząd, nie chcąc dopuścić do upadku największych instytucji finansowych, zdecydował się ratować je z państwowej kasy. W sumie pomoc dla wszystkich instytucji finansowych na wyspie może sięgnąć 50 mld euro, a prognozowany Irlandzki deficyt finansów publicznych na koniec tego roku osiągnie wartość 32 proc. produktu krajowego brutto, podczas gdy poziom dopuszczalny przez Komisję Europejską (jedno z kryterium z Maastricht) wynosi „tylko” 3 proc. PKB. Problemy gospodarcze Irlandii przez długi czas były w cieniu Grecji, która jako pierwszy kraj strefy euro w maju tego roku musiała ubiegać się o wartą aż 110 mld euro pożyczkę od MFW i krajów strefy euro.

Irlandzki PKB skurczył się w ostatnich trzech latach o 17 proc., w wyniku cięć budżetowych premiera Briana Cowena pensje w budżetówce spadły w ostatnich dwóch latach o blisko 20 proc., ale rząd zapowiada przycięcie wydatków w budżecie na 2011 r. o kolejne 6 mld euro (3,8 proc. PKB) i o kolejne 9 mld w latach 2012-14. Oszczędności poprawiają bilans budżetu, ale spowalniają rozwój gospodarczy i przyczyniają się do wzrostu bezrobocia, który obecnie kształtuje się na poziomie 13,7 proc. Źle sytuacja wygląda również z depozytami bankowymi, które masowo są wycofywane z irlandzkich banków i bezpośrednio przekłada się na obecny kryzys w bankowości. W danych ujawnionych przez Allied Irish Banks jasno wynika, że pieniądze z banków wypłacają na potęgę firmy i instytucje – rok temu były na poziomie 84 mld euro, a w przeciągu ostatniego tygodnia spadły już o 17 proc. Dlatego też dla opanowania sytuacji, irlandzki minister finansów Brian Lenihan uspokajał, że do końca przyszłego roku, czyli o sześć miesięcy dłużej, niż planowano wcześniej, rząd gwarantuje do nieograniczonej wysokości wszystkie depozyty bankowe.

W chwili obecnej największym inwestorem w rządowym długu Irlandii jest Europejski Bank Centralny posiadający papiery warte od 15 mld do 18 mld euro. Banki ze strefy euro mają ich za około 10 mld euro, inni zagraniczni inwestorzy włożyli w te obligacje blisko 40 mld euro, natomiast banki z Irlandii 10 mld euro.

Kto zyska na problemach Irlandii?

Problemy finansowe na Zielonej Wyspie przekładają się bezpośrednio na rynek walutowy, gdzie euro traci do głównych światowych walut m.in. dolara amerykańskiego, funta brytyjskiego i franka szwajcarskiego, co jest na rękę również samej…Irlandii. Po niedawnych decyzjach Amerykańskiej Rezerwy Federalnej o dodrukowaniu przez USA pustych pieniędzy, nastąpiła zdecydowana deprecjacja dolara chociażby w stosunku do euro, co oburzyło największe europejskie gospodarki, z Irlandią na czele, której eksport stanowi 50 proc. produktu krajowego brutto. Dlatego też, obecne zawirowania finansowe w Strefie Euro mogą pozytywnie wpłynąć eksport niemieckich aut, pomóc greckiej turystyce poprzez tańsze wakacje, czy eksportowi francuskich farmaceutyków. Idąc tym tokiem myślenia to i tak na osłabieniu euro zyska najwięcej Irlandia, gdyż na masową skale eksportuje substancje chemiczne, technologiczne i żywnościowe w głównej mierze do Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, podczas gdy wiele krajów w Strefie Euro wysyła swoje produkty do europejskich sąsiadów. Z drugiej strony, rentowność irlandzkich obligacji dziesięcioletnich po informacji o problemach finansowych spadła najbardziej od maja br., to wciąż była zbliżona do rekordu i przekraczała poziom 8 procent. Z kolei według wielu ekspertów, powtarzająca się co jakiś czas destabilizacja w Strefie Euro związaną z kolejnymi problemami kolejnych krajów powoduje, że będzie następowało osłabienie pozycji całej Unii Europejskiej i waluty euro na arenie międzynarodowej. Według przewodniczącego Europejskiego Banku Centralnego Jean – Claude Trichet, Stary Kontynent przezwycięży obecne trudności, jednakże należy wyciągnąć wnioski z aktualnego kryzysu i w dłuższej perspektywie Europejczycy muszą podjąć zdecydowane kroki w celu zmiany w zarządzaniu ekonomicznym i fiskalnym w Strefie Euro. Prawdą jest, że dopóki nie będzie jednej wspólnej polityki reagowania w sytuacjach kryzysowych, dopóty rynki finansowe się nie uspokoją i należy oczekiwać dużych zawirowań na rynkach finansowych.

Unijne pieniądze i zaciskania pasa lekarstwem na problemy finansowe

Według słów irlandzkiego ministra ds. społecznych, czteroletni plan rządu ma przynieść blisko 15 mld euro oszczędności w latach 2011 – 2014. Być może Dublin będzie musiał zgodzić się na większe redukcje zatrudnienia w sektorze publicznym, niż przewidywały wcześniejsze plany ministra finansów. Z drugiej strony jest przygotowywany plan pomocowy finansowany przez UE i MFW, który wstępnie ma opiewać na 40 – 100 mld euro, co i tak raczej nie jest kwotą wystarczającą (ale prawdopodobnie nie przekroczy magicznej kwoty 110 mld euro pomocy dla Grecji). Pochodzić będzie z trzech źródeł wypracowanego w maju mechanizmu – bezpośrednich pożyczek w ramach wartego 60 mld euro europejskiego mechanizmu stabilizacji finansowej (EFSM), gwarancji kredytowych europejskiego instrumentu stabilizacji finansowej wartych 440 mld euro oraz pomocy Międzynarodowego Fundusz Walutowego. Taki rozdział pozwoli uniknąć sytuacji, w której jeden kraj wyczerpie wszystkie środki z pierwszej puli. Jeszcze kilka tygodni temu, rząd w Irlandii opierał się naciskom zewnętrznym w skorzystaniu z unijnego funduszu pomocowego (stworzony w maju tzw. fundusz luksemburski) dysponującego kwotą 750 mld euro, twierdząc, że przez najbliższy rok nie będzie żadnego problemu z finansowaniem budżetu.

Według nieoficjalnych wiadomości, od kilku dni była wywierana na Dublin silna presja, by w końcu porzucił swoją dumę narodową i przyjął pomoc, a najbardziej naciskały na to Niemcy (największa gospodarka unijna, która będzie musiała najwięcej wyłożyć pieniędzy) oraz władze Europejskiego Banku Centralnego przekonują Irlandczyków, głównie przed negatywnymi konsekwencjami gospodarczymi, które mógłby by się przelać na inne kraje unijne. Naciskom Niemiec nie ma się co dziwić, gdyż niemieckie banki w największym stopniu finansują banki irlandzkie, a przez udzielenie pomocy chcą wymusić podniesienie niskiej stawki podatku CIT, który uważają za nieuczciwą konkurencje. Z kolei przyjęcie pomocy oznacza dla Irlandii podporządkowanie się decyzją z Brukseli, co będzie wielce prawdopodobnie wiązało się z koniecznością podniesienia właśnie podatku CIT, wynoszącego 12,5 procent, a co nie jest na rękę Irlandii, gdyż oznacza większe obciążenia fiskalne dla chociażby eksporterów oraz spadek konkurencyjności swoich produktów. Irlandczycy sami przyznają, że niskie podatki, ale i także wykształcona siła robocza jest jednym z głównych elementów pakietu zachęt, jakie kraj oferuje inwestorom, co spowodowało, że na przestrzeni ostatnich 10 lat zainwestowało na Zielonej Wyspie setki firm. Wg danych Eurostatu unijny CIT średnio wynosi 25,7 proc., a najniższy jest - 10 proc. w Bułgarii i na Cyprze. Najwyższy - w Niemczech (29,8 proc.) i Francji (34,4) i obydwa kraje ostro krytykowały firmy zwłaszcza amerykańskie, że w ciągu ostatnich lat chętniej wybierały jako miejsce inwestowania Irlandię, zakładając swoje unijne centrale. Ale i tak główna pomoc będzie skierowana w celu wsparcia sektora bankowego będącego w fatalnej sytuacji, który został odcięty od finansowania z rynku na skutek obaw o ich przyszłą wypłacalność. Przyjęcie pomocy przez rząd w Dublinie będzie oznaczało również przeprowadzenie restrukturyzacji sektora bankowego – według słów premiera Cowena zostaną one zmniejszone i przymusowo rozbite. Wszystkie banki w Irlandii czekają nowe testy wytrzymałościowe, które mają ponownie zobrazować jakie mogą ponieść jeszcze straty. Paradoks polega na tym, że w lipcu br. takie testy irlandzkie banki już przeszły z wynikiem pozytywnym, które były przeprowadzone przez Europejską Komisję Nadzoru Bankowego. Dlatego samemu można wyciągnąć wnioski, jaka jest wiarygodność tych badań w świetle obecnych wydarzeń, co za tym idzie, pod jednym wielkim znakiem zapytania staje cała stabilność europejskiego systemu finansowego.

Pomoc zadeklarowała również Wielka Brytania, która wspomoże swojego najbliższego sąsiada kwotą 7 mld funtów. Głównym powodem takiego ruchu, jest nie tyle nagłe zamiłowanie do Zielonej Wyspy, co….interesy narodowe Wielkiej Brytanii. Brytyjczycy posiadają wiele przedstawicielstw bankowych w Irlandii, dlatego każde zawirowania w systemie finansowym są jak naczynia połączone i będą zagrażać Wielkiej Brytanii. Opinie tą potwierdził brytyjski minister finansów George Osborne, który oświadczył, że udzielona pomoc ma przełożyć się na dobrze funkcjonującą gospodarkę irlandzką łącznie z jej stabilnym systemem bankowym. Stabilna sytuacja fiskalna i wzrost gospodarczy w Irlandii jest również na rękę brytyjskim eksporterom, dla których Zielona Wyspa jest jednym z najważniejszych odbiorców ich towarów. 

Kto następny…?

Irlandia po Grecji to nie jest ostatni kraj, który ma problemy finansowe i będzie wymagał ratowania przez Unię Europejską – coraz głośniej od dłuższego czasu mówi się krajach z Półwyspu Iberyjskiego - o Portugalii i Hiszpanii. Rynki finansowe nie wykluczają, że to właśnie rząd w Lizbonie będzie kolejnym potrzebującym, który zwrócić się o pomoc finansową do UE i MFW. Dług rządowy Portugalii wynosi ok. 82 proc. produktu krajowego brutto, ale gdy doliczyć zadłużenie wobec przedsiębiorstw i osób prywatnych, wzrasta do wysokości aż ponad 250 proc. PKB. Optymizmem nie napawa przyszłość portugalskiej gospodarki – według prognoz rządu i OECD, wzrost gospodarczy w przyszłym roku wyniesie zaledwie 0,2 proc. PKB, OECD oczekuje spadku o 0,2 proc., a por­tu­gal­ski de­fi­cyt finan­sów pu­blicz­nych wy­nie­sie w tym ro­ku 7,3 proc. PKB, z kolei w przy­szłym ro­ku ma być ob­cię­ty do 5 proc. PKB. Potrzeby pożyczkowe państwa są już pokryte do końca tego roku, a w pierwszych sześciu miesiącach przyszłego roku Portugalczycy muszą pożyczyć kolejne 10 mld euro, co stanowi poziom blisko 5 proc. produktu krajowego brutto. Ren­tow­ność ob­li­ga­cji dzie­się­cio­let­nich jest od wie­lu ty­go­dni trze­cia w stre­fie eu­ro. W pią­tek się­ga­ła 6,8 proc., pod­czas gdy ir­landz­kich nie­co prze­kra­cza­ła 8 proc., a grec­kich wy­no­si­ła oko­ło 11,6 proc. Różni­ca ren­tow­no­ści mię­dzy por­tu­gal­ski­mi dzie­się­cio­lat­ka­mi a po­dob­ny­mi pa­pie­ra­mi emi­to­wa­ny­mi przez Niem­cy wy­no­si­ła 404 punkty bazowe. Sama Portugalia nie za wiele robi, żeby nie dopuścić do powtórki sytuacji z Grecji i Irlandii. Ze względów politycznych (partia rządząca ma mniejszość w parlamencie), wdrażanie oszczędności budżetowych i konsolidacja fiskalna idzie  władzy w Lizbonie bardzo ciężko. O ile Hisz­pa­nia ob­ni­ży­ła de­fi­cyt bu­dże­to­wy przez pierw­sze dzie­więć mie­się­cy 2010 r. o 40 proc., a Gre­cja o 30 proc., o tyle Por­tu­ga­lia zwięk­szy­ła go o 2,3 procent.

Pierwotnie tekst został opublikowany na stronie http://www.mojeopinie.pl

Komentarze (0)
1 | 2 |